Kierunek „N” – o co chodzi naprawdę

image

Naszła mnie myśl by napisać o co chodzi w mojej podróży do Norwegii.
Czytam bądź słyszę:
– Ekstra… super… zazdroszczę… jest praca… ?
Słuchajcie, to nie tak. Owszem, jest super, jest ekstra, jest praca… ale to wszystko ma dwa oblicza. W moim przypadku wygląda to tak.
Mój przyjazd tutaj był zupełnie spontaniczny, nieplanowany. Nic mnie w kraju nie trzymało – podkreślam nic, a nie „nikt”. Zawinąłem się z podstawowym ekwipunkiem marszowym i 300 zł w kieszeni. Wstępnie planowałem po prostu zobaczyć trochę Norwegii na żywo.
W końcu wyszło tak, że robota sama mnie znalazła. Trudno byłoby nie skorzystać.
Dopiero wtedy mnie oświeciło. Skoro już tu jestem – w kolebce europejskiego maszerstwa, gdzie temat ten od zawsze mnie fascynował – może warto to wykorzystać i zacząć fascynację teoretyczną obracać w praktykę.
I to jest mój cel pobytu tutaj! Reszta się nie liczy i jest przypadkiem.
Formę odnalezienia celu przybrałem czysto podróżniczą „idź i szukaj”.
Nie jestem na wczasach, nie żyję w hotelu „all inclusive”. Po prostu idę i szukam. Moja droga już trochę trwa. Wszelkie prace jakie po drodze znajduję służą ułatwieniu dalszej podróży. A prace te nie są lekkie. Lecz trzeba przecież coś jeść, nie zawsze można też iść czy jechać stopem. Czasem trzeba kupić bilet na pociąg, prom lub autobus
Moje wpisy typu: „wreszcie mleko i chleb” świadczą o tym, że nie jest sielsko i swojsko, tylko o tym, że taka podstawowa rzecz cieszy bo dawno się tego nie miało. Dlatego podróże kształcą. Uczą pokory i szacunku do ważnych rzeczy – potrzebnych do życia/przeżycia. A bywało już, że wodę z deszczu się zbierało. Smilie: :)
Pewien człowiek napisał mi w mailu:
„Jestem pod wrażeniem kierunku życia jaki obrałeś. Wiem, że to nie jest takie kolorowe jak wygląda na blogu. Na pewno zapukasz w końcu do odpowiednich drzwi”.
Nie dosłownie w tej kolejności, ale sens taki. Napisał to nasz rodzimy maszer – świetny człowiek i za te słowa mu dziękuję.
Reasumując… nie zazdrościć, nie superować. Nie jest łatwo, jest nawet ciężko, jest wciąż niepewnie.
Trzymajcie po prostu kciuki za mnie i K-lifa. Smilie: :)
Wczasy i odpoczynek jeszcze daleko przed nami… a być tutaj to nie wszystko.

I dzięki wszystkim za wsparcie.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria Wyprawy

Kierunek „N” – kompatybilność sprzętowa

image

Sprawa wygląda tak. Chciałem przysiąść do komputera swego by móc wreszcie opisać od A do Z przebieg naszej wyprawy. Okazało się niestety, że mój kochany komp, mimo świetlanej nazwy TravelMate nie zniósł w pełni podróży. Wiatrak pierdzi, Z nie działa i funkcja Wi-Fi szwankuje. Tak więc na razie sprawozdanie jeszcze nie będzie – za co „pardon z ukłonem”.
Napiszę jednak cosik z telefonu.
Siedzimy dalej w Strauman. I trochę posiedzimy. Mam tu takie ludzkie opcje do ogarnięcia. A K-lif? K-lif się cieszy, ma wolność i swobodę, a ludzie go akceptują i lubią. Jakże by inaczej… ? Smilie: :)
Nie jest to jeszcze najdalsza północ ale ważne, że to koło podbiegunowe, a to już coś. Smilie: :)
Nie wiem ile tu posiedzimy – tydzień, dwa… ? Dalej będziemy zmierzać… albo w okolice miasta Alta, albo w okolice miasta Tromsø. Albo w okolice Zanzibaru Czas pokaże.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria Wyprawy

Kierunek „N” – przerwa na…

image

Do Karasjok jeszcze nie dotarłem. Nie wiem czy w ogóle dotrę. Rozmawiałem ze Svenem przez telefon. Poczyta o mnie i stwierdzi czy może mnie i K-lifa przyjąć na zimę do siebie. Jeśli nie… cóż będę szukał dalej.
Na obecną chwilę daleko nie zaszedłem. Pogoda wstrzymuje, ciągle pada i wieje. Zamiast przemoknąć lepiej przesiedzieć w namiocie. Samochody też zatrzymywać się nie chcą.
Póki co zatrzymałem się w mieścinie Straumen, miłym i małym górskim miasteczku. Popracuję tu przez kilka dni zapewne. W razie czego w dalszą drogę ruszę autobusem z biletem w ręku.
A dziś nad naszymi głowami latał i polował duży i piękny Orzeł Bielik. Smilie: :)

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria Wyprawy

Kierunek „N” – wcale nie ostatnia prosta

image

Przy ostatnim wpisie podałem, że do celu jest 150 km. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Poprawiłem dystans na faktyczny czyli około 500 km. A biorąc pod uwagę sposób w jaki można się tam dostać to będzie z 600 km. Smilie: :)
Cóż, to będzie dłuuuga droga.  Pokonałem dzisiaj zaledwie z 60 km. Pierwsze co, późny wymarsz i zwinięcie obozu z powodu deszczu. Później dojście na wylotówkę z Bodø – jakieś 15 km (z bagażem jakieś 3 godz).
W końcu trafił się człek, z którym mogłem opuścić nieszczęsne Bodø. Daleko mnie nie podrzucił, jakieś 10 km do kolejnej stacji benzynowej, ale zawsze coś. Stamtąd natomiast zabrał mnie bardzo dobry człowiek z córką. Zawiózł mnie za Fauske już na krajową  E6, która prowadzi do Narvik, a przez który przejechać i tak muszę. Bo inaczej się nie da.
Nim jednak to zrobił przedstawił mi swoją psią rodzinę. Okazało się, że ma własny zaprzęg – 5 fajnych alaskańskich husky. Smilie: :) K-lif nad wyraz pobudzony przywitał się ze wszystkimi, choć przez ogrodzenie. Był też wyżeł niemiecki i mała sheltie. Tę ostatnią K-lif chciał zjeść. Smilie: :)
A ja dziękuję w jego imieniu za karmę (taką normalną i zdrową) i pizzę w imieniu swoim. Smilie: :)
Ogólnie świetni ludzie – pytali czego potrzebuję. Może ciepłych ubrań? Odmówiłem grzecznie, rzecząc, że te co mam wystarczą na razie. Dali do siebie namiar telefoniczny i mailowy gdybym potrzebował pomocy i życzyli powodzenia. Obiecałem, że się odezwę jak będę na miejscu i mam nadzieję, że nie będę potrzebował pomocy.
Teraz jesteśmy z K-lifem za Fauske. Leżymy w namiocie i zbieramy siły na jutro. Przed nami tylko droga i jesienna dzicz wkoło. Może ktoś się zatrzyma gdy będziemy szli? Do najbliższego miasteczka 114 km. Smilie: :)

image

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria Wyprawy

Kierunek „N” – cel na horyzoncie

image

Tak więc jestem przed ostatnią nocą pod Løp. Byliśmy dziś z K-lifem w biurze zwanym NAV. To taki pośredniak dla imigrantów, którzy robótek ręcznych szukają. A że mi bardziej o łapy chodziło nie mogli mi pomóc. W mojej sytuacji zaproponowali mi chajs na powrotny pociąg do Oslo i kombinacje w ambasadzie. Chyba, że mam bezpośredni kontakt do celu swej podróży. Nie miałem. Powiedziałem, że jeśli nic nie wymyślę przez weekend to podejdę do nich w poniedziałek.
Na szczęście los się do mnie uśmiechnął i znalazłem namiar na farmę Husky, która położona jest dalej na północy, jakieś 500 km od Bodø.
Farmę prowadzi niejaki Sven, jedenastokrotny mistrz najdłuższych europejskich psich zaprzęgów „Finnmarksløpet” – 1000 km. Ukończył też w pierwszej dziesiątce Iditarod na Alasce – 1800 km.
Wróciłem do NAV i powiedziałem, że nie było tematu i wiem gdzie mam jechać. Podziękowałem oczywiście, a miłe panie życzyły mi powodzenia.
U Svena będzie to coś na zasadzie wolontariatu, dokładnie zobaczymy bo i moja wizyta będzie pewnie nie lada inna od reszty turstów. Poznamy się i jakoś się dogadamy. Na pewno będzie dach nad głową, żarcie i nauka stylu życia w naturze z psim zaprzęgiem. W zamian ja będę pomagał przy psiakach, w przydomowych pracach, jeździł po zakupy itp. Będzie też trzeba oprawiać mięso, które Sven przyniesie z polowania. Z czasem pewnie i ja będę musiał coś upolować.
Jak dokładnie będzie napiszę, jest tam internet. Najpierw muszę się tam dostać. Oczywiście autostopem. A póki co odpoczywamy. Zmokliśmy dziś, kolejne codzienne 20 km marszu za nami. Nie ma to jak daleko rozbić namiot.
Do następnego. Teraz siedzimy i patrzymy na szarówkę.

image

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria Wyprawy

Kierunek „N” – plany i przypadki

_DSF4098Jesteśmy z K-lifem po pierwszej nocce w okolicach Bodø. Namiot rozbiliśmy przy mieścinie o nazwie Løp, na małym półwyspie wśród skał… ale na trawie. Widok mamy pikny więc i zapewne te trzy dni tam przekimamy.
W Norwegii rozbijanie namiotów na dziko jest legalne. Pod warunkiem, że obozujemy nie więcej jak 3 dni w jednym miejscu. Nie może to być również odległość mniejsza jak 150 metrów od prywatnego gruntu. Gdy mijają trzy dni trzeba się przenieść. W przypadku naprawdę złej pogody może to być nawet „10 metrów”, choć wiadomo, że nikt nie będzie przenosił na 10 metrów namiotu gdy leje wokół. Smilie: :)
Czytaj dalej

Kategoria Kierunek "N" - czyli nie może, a na pewno morze

Kierunek „N” – podróż za jeden uśmiech

imagePiszę z pociągu. Wraz z K-lifem opuściliśmy Oslo i zmierzamy ku Trondheim, by tam przesiąść się w kolejny pociąg, który zawiezie nas do Bodø. I tam pewnie zatrzymamy się na jakiś czas celem poznania okolic jak i samego odpoczynku. Ja zapewne będę musiał znaleźć płatne zajęcie, gdyż co bym nie napisał w tytule – krzywy, szczerbaty uśmiech nie zawsze wystarczy.
Czytaj dalej

Kategoria Kierunek "N" - czyli nie może, a na pewno morze

Tak więc kierunek „N” zostaje zrealizowany

_DSF9931_copyPrzepraszam bardzo za brak wpisów, jednak obecna sytuacja nie pozwala mi na regularne przysiadanie do komputera.
Swego czasu obiecałem K-lifowi, iż pokażę mu morze. W między czasie wypad ku północy zmienił się na wypad ku południu. Na szczęście -co się odwlecze to nie uciecze.
A z powodu spóźnienia postanowiłem ofiarować K-lifowi północ absolutną – Morze Bałtyckie zmieniło się w Morze Północne.
W obecnej chwili przesiadujemy na południu Norwegii. K-lif przez jakiś czas musi być uzależniony od potrzeb i zasobów ludzkich (czyli moich). Tak więc działam po miejsku na warunkach skandynawskich i powoli szykuję się na wyprawę ku najdalszej północy.
Naszym celem jest chęć poznania i spędzenia pewnego czasu (przynajmniej najbliższej zimy) w otoczeniu rodowitych norweskich maszerów. Chcę pokazać K-lifowi jak to jest ciągnąć sanie. Oczywiście K-lif nie będzie tego robił. Chyba, że zechce. Natomiast przynajmniej popatrzy jak to robią „północniaki”.
Trzymajcie za nas kciuki – to będzie ciężka zima w tym roku. Smilie: :)

Przepraszam za brak zdjęć. Te, jak również kolejne wpisy pojawiać się będą na bieżąco – jak tylko ogarnę kilka kwestii związanych z dostępem do sieci i innych elektronicznych urządzonek.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria Kierunek "N" - czyli nie może, a na pewno morze

Dookoła Świata – Wielki Marsz dla Zwierząt – zapowiedzi

around the world_good verTermin wymarszu: wiosna 2015 r.
Długość trasy: 30-40 tyś. km
Planowany czas marszu: 3 lata

CHARAKTERYSTYKA MARSZU:
Wszyscy doskonale wiemy z czym w dzisiejszych czasach borykają się zwierzęta i ludzie. W wielu zakątkach świata zwierzęta nie mają szans z człowiekiem i dochodzi do wymierania gatunków. Część z nich już nieodwracalnie zniknęło z naszej planety.
W innych miejscach na Ziemi to człowiek zmaga się ze zwierzyną, która nie pozwala na bezpieczne i swobodne życie.

Celem naszej wyprawy jest poznanie i przybliżenie Wam problemów związanych z ich koegzystencją zarówno na terenach dzikich, wiejskich, jak i miejskich. Zamierzamy dać głos zarówno zwierzętom, jak i ludziom, którzy do tej pory go nie mieli.
Nim wyruszymy chcemy działać oficjalnie jako fundacja, a ta powstaje po to, aby znaleźć i wprowadzić w życie rozwiązania ich wspólnych problemów.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria Dookoła świata (charytatywna), Wyprawy

12-14 lipca 2013 r. – niby deszczowy weekend

IMG_0088Ze sporym opóźnieniem tym razem, ale jednak chciałbym opowiedzieć o mile spędzonym weekendzie. Oczywiście w objęciach Puszczy Bolimowskiej.

Tamten weekend jakoś dziwnie ogarnięty został złą sławą – okrzyknięto go deszczowym i brzydkim weekendem. Pytanie tylko, czemu deszczowe dni należą do brzydkich? Tym bardziej, że deszczu jest tyle co kot napłakał… jeśli temu się kiedykolwiek zechce ryczeć, bo miauczeć to na pewno.
Przecież w takie dni można posiedzieć w domu, pograć na XYZ-Boxie, pooglądać „pacynki” w telewizji, posłuchać nut z głośników lub najlepiej pograć w planszową grę, która nigdy się nie kończy jak i nie zaczyna, gdyż nikt z nami nie chce grać, a jest dla minimum dwóch osób. Można również wyjść z tego domu i omijając przelotne deszcze ukryć swą suchutką główkę w obłokach pary i dymu w pobliskim pubie… albo jeszcze lepiej w kolorowym i tłocznym supermarkecie – wszak tyle rzeczy jest do kupienia, a jak kogoś nie stać to do obejrzenia i przynajmniej dotknięcia.
Ale można również w takim supermarkecie pracować (o zgrozo!), można popracować również w domu (w weekend – o zgrozo!), można posprzątać dom, można go nie posprzątać tylko poleżeć do góry nosem i poczuć smak lenistwa.
Są to tylko niektóre z możliwych opcji na deszczowe weekendy. Kto co lubi. Ja osobiście obrałem kierunek lenistwa. Lecz nim do lenistwa doszło należało do miejsca lenistwa dojść właśnie. A nawet dojechać. Miejscem spoczynku miał być  – i był – oczywiście las. Czytaj dalej

Kategoria Spacerniaki