02-03.V.2013 r. – Majówki Fragment

W dniach 02-03 majaIMG_0056_2 roku pańskiego 2013 ekipa Vagabundog wybrała się na majówkę. W zasadzie trudno to nazwać majówką, wszak dni wykorzystanych aż z pięciu (tyle przypadało wolnego w 2013 roku) było zaledwie dwa. Można nawet rzec, że jeden dzień i jedna noc. Ale to i tak wystarczyło by kilkadziesiąt godzin spędzonych w lesie, w zacnym towarzystwie można było zapisać w pamięci – zarówno tej naturalnej (czyt. w głowie) jak i tej sztucznej (czyt. w komputerze).

Sama majówka poświęcona miała być… hmm… słowo „poświęcona” źle brzmi, lepiej użyć słowa „wykorzystana”. Tak więc majówka miała być wykorzystana na zorganizowanie kolejnego zlotu użytkowników forum „bezodpoczynku.pl„. No i została. Niestety ilość użytkowników na zlocie była nieznacznie mniejsza od ilości wolnych dni. Osób przybyło aż dwie: Jaro oraz Mowgli, stare zlotowe wygi. Lupus, który był również w marcu z przyczyn rodzinnych nie mógł się wstawić tegoż miesiąca. Reszta użytkowników… trudno rzec. Natomiast ja z K-lifem zdołaliśmy jedynie dobić na dni – dwa. Lepsze to niż nic. Dodatkowo przyprowadziliśmy ze sobą gościa, jegomościa o imieniu Filip. Tak więc piątek, z piątku na sobotę i część soboty zlot opiewał w czterech osobników z gatunku homo-sapiens oraz jednego osobnika z gatunku canis-lupus. W tym przypadku canis-lupus był przyjacielem homo-sapiens, jako że należał do podgatunku domus canis-lupus.
A naszym domus był obóz. Obóz założony przez Jaro i Mowgli’ego w czasach niedalekich ale jednak historycznych. My po dołączeniu do chłopaków tylko dosztukowaliśmy kolejny „wigwam”.

IMG_0031_2

Ale od początku.
Może napiszmy gdzie to spotkanie miało miejsce? A jakże! W Puszczy Bolimowskiej oczywiście. Skoro poprzedni zlot był na wiosnę (ostatniej zimy) w bolimowskiej, dlaczego i nie na wiosnę (obecnej wiosny). W ten sposób dopięliśmy swego, można rzec przywitaliśmy wiosnę na nowo.
Do bolimowskiej dotarliśmy standardowo – pociągiem z Warszawy, uprzednio odnajdując się na dworcu w stolicy. To znaczy, ja z K-lifem przybyliśmy na dworzec, a Filip dobił do nas za chwilę z innej strony. Dla urozmaicenia wypadu był fakt, iż Filip nie posiadał żadnego śpiwora, w którym mógłby się kimnąć nadchodzącej nocy. Tak więc po spotkaniu na dworcu pierwsze kroki poczyniliśmy do pobliskiego sklepu z odpowiednim asortymentem by owy śpiwór nabyć. Śpiwór zakupiony został bez problemu. Szukało się byle jakiego, najtańszego i koniecznie wyprodukowanego w Chinach. Wszystkie założenia zostały spełnione. Śpiwór miał nawet swój pokrowiec. Dokupiliśmy jeszcze trochę prowiantu w postaci: zupek błyskawicznych, czekolady i gazety. To ostatnie zaspokajało bardziej wiedzę niż głód, ale z czasem źródło wiedzy dość mocno podnieciło i ogień.
Wróciliśmy na dworzec, godzina pociągu się zbliżała, a trzeba było jeszcze nabyć bilety. Pani w kasie jakoś tak ładnie i przyjemnie się uwinęła i zadowoleni z biletami ruszyliśmy na peron. Po drodze kupiliśmy jeszcze śniadanie w postaci super wypasionego kebaba – ciut mięska w przygrzanej bule i tony surówki. Zdrowa żywność jakby nie patrzeć.

IMG_0028_2

Przyjechał pociąg.
Wszyscy „długa” do bagażowego przedziału i jazda do stacji Skierniewice Rawka. Po drodze mieliśmy spokój i raczej mały ruch w przedziale – tylko jeden człowiek z rowerem skorzystał ze wspólnego pomieszczenia. Pewnie gdyby nie rower niekoniecznie by wchodził. A luz ten zawdzięczamy jedynie i zapewne dzięki K-lifowi. Nie szczekał, nie warczał, nie śpiewał, nie tańczył, ot sobie leżał. Ale jak widać ludziska tak jakoś niechętnie jeżdżą z obcymi psiakami. I mnie to bardzo cieszy – haha.

Dotarliśmy do Rawki.
W okolicznym sklepie zakupiliśmy jeszcze brakujący i zaplanowany wcześniej do nabycia prowiant, czyli kiełbasę, chleb i wodę – całe 6 litrów. Chłopaki w między czasie podali swoje położenie. Znajdowali się jakieś 10 km od stacji. Mapa, którą posiadałem miała naniesione szlaki, dzięki czemu łatwiej było obrać drogę do celu, bez zbędnego komplikowania sobie marszu „przełajówką”. Zresztą najkrótsza droga do nich prowadziła w większości wzdłuż szlaku zielonego, koloru nadziei – dlatego mieliśmy nadzieję dotrzeć do nich szybko i bezproblemowo. Tak też się stało. Ale! Nie obyło się bez „ale”. Wszystkie te pięć dni majówki były usłane pogodą w kratkę. Pod koniec naszej drogi trafiliśmy na kratkę deszczową. Może nie lało jak z cebra ale deszczyk był na tyle rzęsisty, że gdy odnaleźliśmy obozowisko chłopaków to zastaliśmy ich twardo skitranych pod swoimi dachami, palące się jeszcze ognisko właśnie przegrywało walkę z deszczem, a my sami czuliśmy już lekki dyskomfort sporego przemoczenia. Tyle, że to pod koniec. A wcześniej…

… musieliśmy przebić się przez teren zabudowany. Budy Grabskie, Rudę – czy też Rudą, raczej Rudę. Kto by nazwał mieścinę Ruda od rudej? Kim by ona miała być w okolicy, że nadają nazwę wiosce od koloru jej włosów – chyba włosów? Zresztą nieważne. Smilie: :)
Po przemierzeniu paru kilometrów wśród zabudowań doszliśmy do odcinków czysto leśnych. Jak wyżej wspomniałem szliśmy szlakiem zielonym więc droga nie była skomplikowana. K-lif po spuszczeniu ze smyczy – zawsze prowadzę go na smyczy w terenie zabudowanym, a takowy był najpierw – miał to co kocha najbardziej. Pełną swobodę na łonie natury. Tu takie drzewko to podlania, tu taki kijek do złapania, tu taki mech do obwąchania. Chciałbym mieć tyle energii co on, niestety – jam człek on pies.

IMG_0027_2Najciekawszym dla niego fragmentem marszu była droga wzdłuż małego odcinka rzeki Rawki. Nie ma nic lepszego jak po iluś tam susach po lesie móc wejść po brzuch do rzeczki, napić się wody i trochę w niej postać dla ochłody. Po wyskoczeniu z rzeczki standardowe podbiegnięcie do współtowarzyszy marszu, próba skoku ku okazaniu radości z marszu i długa do przodu z najbliższym znalezionym kijem w pysku. Tak właśnie maszeruje K-lif. Smilie: :)
Ja sam po prostu szedłem. Chciałem już jak najszybciej dojść do obozu, rozbić się z namiotem, usiąść do ognia i coś zjeść. Filip natomiast maszerował tak jakby tęsknił za codziennością. Ech te smartfony i internet. Cóż, każdy orze jak może. Smilie: :)

IMG_0030_2Tak czy inaczej szło się cały czas do przodu… aż się doszło. Wiadomo już, że w deszczu przy mecie.
Chłopaki rozlokowali się w ziemiankach przy ujściu bezimiennej rzeczki do rzeki Rawki. Jakoś tak czułem, że będziemy szli nie po tym brzegu rzeczki co trzeba. I rzeczywiście – a „rzekipłyńcie” – ogniskowy dym ulatywał znad wzniesienia po drugiej stronie rzeczki. Na szczęście rzeczka ta nie była Wisłą, więc bez problemu zdołaliśmy przejść na drugi jej brzeg po pobliskim zwalonym pniu, ja i Filip. K-lif i tak mokry od deszczu śmiało przeszedł ją po dnie, w wodzie po brzuch. Mała rzeczka i nie głęboka.  A chłopaki? Tak się sprytnie zakamuflowali pod swoimi tarpami, że w ogóle nie było ich widać. I pewnie gdyby nie ten dym z ogniska, w ogóle byśmy ich nie zauważyli.
Szybkie „dzień dobry, siema-siema” i raz dwa rozbijać namiot. Wszak deszcz wciąż padał. Jak we czterech się za to zabraliśmy, tak szybko rozstawiana dwójeczka okazała się namiotem błyskawicznym niczym zamek w przemoczonej kurtce. Wszelkie rupiecie typu plecak, torba, śpiwór, wierzchnie ubranie do namiotu. Zmieniłem koszulkę na suchą, a tą mokrą przetarłem jeszcze K-lifa co by chłopaczyna nie czuł się pominięty w walce z deszczem, a sama koszulka stała się jeszcze mokrzejsza. Zimno nie było, wręcz przeciwnie ale jednak mało wygodnie tak na mokro siedzieć. Gdyż, jak można się domyślić po rozbiciu namiotu K-lif, Filip i ja do namiotu, a chłopaki, każdy pod swój daszek. Po kilku chwilach deszcz zelżał do poziomu mżawki. Wszyscy się wynurzyli z nor i jak jeden mąż wzięli się do rąbanki mokrego drewna, co by jeszcze tlące się ognisko pobudzić do życia. Ja sam przywdziałem tzw. „biały kitel”, płaszcz przeciwdeszczowy koloru rozwodnionego mleka. Czemu wcześniej go nie założyłem? Proste – zapomniałem, że go mam. Lepiej późno niż wcale. Tak więc przyjąłem wizerunek świra w lesie, który chodząc ze swoim nożem odstraszał wszystko co żywe. Mucha ni komar nie siadały. Zwali mnie rzeźnikiem, dentystą i ginekologiem. Wszelkie nazewnictwa dostosowane do okoliczności. Nie kojarzę skąd się wzięła ostatnia z wymienionych funkcji, wszak żadnej kobiety z nami nie było… ale cóż – żadna praca nie hańbi.

dr kitel01Deszcz przestał kapać nam na głowy i okoliczne tereny. Po rozpaleniu na nowo ognia, mogliśmy wszyscy przysiąść sobie do ogniska i rozpocząć wspólne biwakowanie. Zaczęliśmy snuć opowieści mądrzejsze i głupsze, przygotowaliśmy posiłki smaczne i smaczniejsze, zajadając się nimi i popijając je herbatką otrzymałem nową funkcję – Master Chef. Żyć nie umierać. Tyle talentów, a mimo to $ i € = 0.
I jak to przy ognisku, gadu gadu aż nadeszła pora na spanie. Tak jakoś koło pierwszej w nocy było. Ciemno też było – tylko biały kitel powiewał na wietrze, choć wiatru nie było. Istny dreszczowiec, choć zimno też nie było. Widocznie strasznie, choć nie tak widocznie skoro było ciemno. Jak widać po powyższych zdaniach, odczuwało się już zmęczenie. Inaczej, zmęczenie było. Tak było.

Człek zamknął oczy. Tutaj nie napiszę zbyt wiele (miasto mi się nie śniło), przeskoczę od razu do momentu otwarcia oczu. I uszu. Pierwszym zjawiskiem dnia następnego był dźwięk. Dźwięk ten przywołał tylko jedno skojarzenie – deszcz. Tak jest! Padało ponad miarę. Tak mniej więcej od pobudki, czyli 7:00 rano aż do 12:00 w południe.  To był dłuuugi ranek. Ale jak już padać przestało… déjà vu – wszyscy ruszyli rąbać mokre drewno na suche drzazgi.

IMG_0040_2Po rozpaleniu poranno-południowego ogniska każdy zjadł śniadanie, co tam kto chciał, napił się herbatki i…

… i tu niestety nadeszła pora pożegnać się z chłopakami. Vagabundog musiał wyruszyć z powrotem do miasta (o zgrozo!) by załatwić to i owo. A szkoda. Bo w sumie nie załatwił nic konkretnego, a mógł sobie ten czas kontynuować w formie „bezodpoczynku.pl„. Można powiedzieć, że w mieście Vagabundog stracił tylko czas. Taka prawda.

Powrót nastąpił tą samą drogą. 10 km swojskich, polskich i zdrowych terenów, wejście do przeludnionego pociągu i dojechanie do brudnego, głośnego i śmierdzącego miasta jakim jest nasza polska stolica. Na szczęście tylko na jakiś czas. Smilie: :)

To tyle z majówkowego spacerniaka.
Jeśli ktoś życzy sobie poznać więcej szczegółów na temat majówki „bezodpoczynku.pl” – serdecznie zapraszam na bloga kolegi Mowgli’ego – „ludzkietropy.pl„. Można zapoznać się z majówką widzianą jego oczami, nie tylko z chwili naszego tam pobytu.

I jeszcze kilka zdjęć:

Dr Kitel 02

IMG_0023_2 IMG_0029_2 IMG_0042_2 IMG_0044_2 IMG_0046_2 IMG_0049_2 IMG_0050_2

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Spacerniaki

One Response to 02-03.V.2013 r. – Majówki Fragment

  1. Fajnie poczytać, jak do nas trafiliście. Fotka K-lifa z akrobatycznym drapaniem jest super. No i ta jak uważny uczeń patrzy, jak ze zwykłej kiełbasy na patyku robię granat odłamkowy Smilie: ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>