12-14 lipca 2013 r. – niby deszczowy weekend

IMG_0088Ze sporym opóźnieniem tym razem, ale jednak chciałbym opowiedzieć o mile spędzonym weekendzie. Oczywiście w objęciach Puszczy Bolimowskiej.

Tamten weekend jakoś dziwnie ogarnięty został złą sławą – okrzyknięto go deszczowym i brzydkim weekendem. Pytanie tylko, czemu deszczowe dni należą do brzydkich? Tym bardziej, że deszczu jest tyle co kot napłakał… jeśli temu się kiedykolwiek zechce ryczeć, bo miauczeć to na pewno.
Przecież w takie dni można posiedzieć w domu, pograć na XYZ-Boxie, pooglądać „pacynki” w telewizji, posłuchać nut z głośników lub najlepiej pograć w planszową grę, która nigdy się nie kończy jak i nie zaczyna, gdyż nikt z nami nie chce grać, a jest dla minimum dwóch osób. Można również wyjść z tego domu i omijając przelotne deszcze ukryć swą suchutką główkę w obłokach pary i dymu w pobliskim pubie… albo jeszcze lepiej w kolorowym i tłocznym supermarkecie – wszak tyle rzeczy jest do kupienia, a jak kogoś nie stać to do obejrzenia i przynajmniej dotknięcia.
Ale można również w takim supermarkecie pracować (o zgrozo!), można popracować również w domu (w weekend – o zgrozo!), można posprzątać dom, można go nie posprzątać tylko poleżeć do góry nosem i poczuć smak lenistwa.
Są to tylko niektóre z możliwych opcji na deszczowe weekendy. Kto co lubi. Ja osobiście obrałem kierunek lenistwa. Lecz nim do lenistwa doszło należało do miejsca lenistwa dojść właśnie. A nawet dojechać. Miejscem spoczynku miał być  – i był – oczywiście las.

IMG_0068Wypad w las tego weekendu zaplanowałem już wcześniej, bez względu na pogodę. Samo obozowanie zaproponowałem ekipie z „bezodpoczynku.pl”, jednak nie każdy mógł sobie na to pozwolić. Jedna osoba akurat spędzała czas na spływie kajakowym, druga miała urwanie czegoś tam, a trzecia… trzecia mogła się pojawić. Trzecią osobą był Jarek.

Tak więc umówiliśmy się z Jarkiem na piątek, na późne popołudnie w miejscu startowym już tradycyjnym – Skierniewice Rawka. Obaj mieliśmy chęć na obozowanie, bez marszów i robienia zbędnych kilometrów. Chyba obu nam zalazł za skórę ostatni wypad w Beskid.
Dla potwierdzenia tego faktu tym razem postanowiłem nie brać ze sobą namiotu (zawsze 3 kg mniej do targania), a rozłożyć się jedynie pod plandeką.
Po dojechaniu pociągami do Rawki, każdy swoim i z przeciwnych kierunków ale o tej samej porze zaszliśmy jeszcze do pobliskiego sklepu po uzupełnienie prowiantu.
I tak brak 3 kg do targania z powodu zostawionego w domu namiotu nadrobiłem prowiantem. Masa podstawowa została wyrównana, a objętość plecaka wykorzystana w 100%.

IMG_0009Ruszyliśmy w kierunku lasu. Tak naprawdę nie mieliśmy konkretnego obszaru do osiągnięcia. Godzina była już dość późna, bo w okolicach 18:00. Zachmurzone niebo ograniczało jasność dnia, tak więc postanowiliśmy nie tracić czasu na zbyt dalekie zapuszczanie się w puszczę, a rozbić obóz czym prędzej, co by tylko nie na zbędnym widoku. Przyznam, że nie było to proste. Akurat od strony Rawki pobliskie lasy obfitują w ścieżki, przecinki, zabudowania i wszelkiego rodzaju ślady ludzkie.
Lawirując pomiędzy tymi ścieżkami i przecinkami staraliśmy znaleźć się jak najodpowiedniejsze miejsce. Zmierzch zaczynał powoli deptać nam po piętach, a przecież trzeba jeszcze rozbić obóz, przygotować drewna pod ognisko i ogólnie chciałoby się już legnąć, zjeść i zacząć lenistwo.

W końcu po wyminięciu przeszkód naturalnych i nienaturalnych (natknęliśmy się nawet na buldożer!) odnaleźliśmy naszą Mekkę, ku największej uciesze K-lifa. Dobra, nie było to idealne miejsce – niedaleko trochę ścieżek, jednak nie ukazujących zbytniego nadużycia przez ludzi. Postanowiliśmy zaryzykować. Najwyżej kogoś się pozna – może nawet gajowego. Swój dobytek i siebie samych ulokowaliśmy w okolicach Bagna Anyszewskiego, mniej więcej na granicy województw – łódzkiego i mazowieckiego. W zasadzie mogliśmy z Jarkiem rozbić tarpy, każdy po stronie swojego województwa… ale tak nie zrobiliśmy.

IMG_0017Jako, że deszcze były nieuniknione postanowiliśmy nasze szałasy połączyć w jeden cały i zrobić coś na wzór „bliźniaka”. Zależało nam na rozpaleniu ogniska, a te by nie poddało się deszczowi musieliśmy jakoś osłonić. Tarpy przywiązaliśmy do drzew w układzie spadowym, gdzie szczyt zadaszenia załamywał się lekko ku środkowi pomiędzy tymi plandekami. Około trzydziesto centymetrowy odstęp pomiędzy płachtami miał by swego rodzaju kominem. Odstęp ten obłożyliśmy dodatkowo różnego rodzaju poszyciem roślinnym. Dzięki temu potencjalnej wody deszczowej dostanie się jeszcze mniej niż byłoby to wskazane. Po środku wykopaliśmy mały dołek na ognisko wraz z bocznymi kanalikami dla tlenu. Po niedługim czasie okazało się, że patent sprawdził się wyśmienicie. Deszcz był na tyle rzadki, że do ognia i naszych suchych „mieszkań” nie miał dostępu, a wentylacja działała w 100%. No i ta dżungla zwisająca z góry – stworzyliśmy sobie prawdziwy mikroklimat.IMG_0014 IMG_0023 IMG_0050 IMG_0052 IMG_0055

Obóz był naprawdę przytulny. Wieczór spędziliśmy na męskich plotkach o życiu zajadając w tle to co sobie do tego jedzenia zorganizowaliśmy. A było w czym wybierać. Na uwagę zasługują „uciekające kurczaki”. A konkretniej dwa „uciekające udka kurczaków”. Dlaczego „uciekające”? Cofnijmy się w czasie.
Wcześniej, gdy jeszcze przedzieraliśmy się przez zarośla, Jarek niosąc udka w siatce nieoczekiwanie pozwolił tym udkom uciec z tejże siatki. Stał akurat na krawędzi kanałku, przez który przepływała rzeczka o wdzięcznej nazwie Rokita. Przy udziale sił przyciągania ziemskiego, udka z wielką gracją poleciały ku dołowi. Może gdyby w siatce były jeszcze skrzydełka, te poleciałyby w przeciwnym kierunku? Skrzydełek nie było, a udka jak przystało na kończyny sięgnęły ziemi i utworzyły na sobie piękny, ziemisty kamuflaż. Rokita w tym okresie nie należała do wylewnych i wody w niej tyle co i wcześniej wspomnianego deszczu. Umorusane udka zgarnęliśmy z ciętymi ku nim adnotacjami z powrotem do siatki. Lekko je oczywiście przemyliśmy – reszta wypiecze się nad ogniem.

Wracamy w czasie do obozu.
Udka pieczą się na ruszcie nad ogniem. By nie tracić czasu na podwójne gotowanie, obok ogniska usytuowaliśmy z Jarkiem swoje palniki puszkowe, stawiając nad nimi drugi ruszcik. W ten sposób, na kuchence dwupalnikowej mogliśmy równolegle do przygotowywanego posiłku nad ogniskiem przygotować sobie wodę do herbatki.
K-lif urzędujący obok nas nie spuszczał wzroku z udek. Pilnował, co by te po raz drugi nie uciekły. A może nawet odwrotnie? Czekał na ich ucieczkę, by tym razem nie przegapić okazji i ich nie porwać. Nie pozwoliło mu to jednak nie zwrócić uwagi na koziołka, który przebiegł blisko naszego obozu szczekając przy tym niemiłosiernie. K-lif poderwał się szybciej niż zdołaliśmy zareagować. Poleciał za koziołkiem by i tak zaraz wrócić ze spuszczonym jęzorem. Ułożył się z powrotem z pomrukiem niezadowolenia i kontynuował hipnotyczne przeglądanie stanu wypieczenia udek.

IMG_0030 IMG_0043Nadszedł czas skonsumowania posiłku. Udka zjedliśmy ze smakiem, dzieląc się z K-ifem bezpiecznymi ich częściami. Pamiętajmy, że nie wszystkie kostki nadają się dla psa. Te najdrobniejsze i najostrzejsze powędrowały do ognia.
Zaczął padać drobny deszczyk, który wzmógł tylko wizyty pod nasze dachy dziesiątek osobników rodzaju komarowego. Dym z ogniska pomagał, ale nie na tyle by te upierdliwe cholery nie dawały się nam we znaki. Jakoś się do nich w końcu przyzwyczailiśmy.
Po kilku godzinach plotek, już nasyceni postanowiliśmy ułożyć się do snu. Zasnęliśmy szybko, co i rusz przebudzani brzęczącym koło ucha komarem. W nocy deszcz począł padać intensywniej, jednak nasza konstrukcja szałasu dawała nam swoiste zabezpieczenie przed deszczem. Dodatkowym urozmaiceniem wokół nas było skupisko larw świetlików, które wyglądały naprawdę fajnie.
Przepraszam, zdjęcie mi zupełnie nie wyszło ale jakieś światełko (choć nie w tunelu) tam widać. Smilie: :)

IMG_0035Kolejny dzień miał być dniem niestraconym. Lenistwo lenistwem ale coś robić trzeba.
Na początek rozpaliliśmy na nowo ognisko. Z poprzedniego dnia zostało nam jeszcze sporo drzewa, skrzętnie ukrytego pod plandekami co by nie namokło w czasie nocnego deszczu. Wstawiliśmy wodę do zagotowania i przygotowaliśmy sobie śniadanie.
Po śniadaniu ogarnął nas dylemat – Co tu robić? Tak leżeć i się obijać? – chłop plotkować dłużej nie potrafi niż kilka chwil. W końcu padło hasło – Zróbmy sobie łuk – no i temat zaklepany.
Jednak to nie takie proste. Materiałów drzewnych odpowiednich do wykonania łuku jest sporo, jednak w naszym kraju tylko kilka. My i tak planowaliśmy łuk wykonać z pospolitej Leszczyny, której wokół nas było mnóstwo. Leszczyna co prawda pod ochroną nie jest ale pamiętajmy, że dla samego „widzi mi się” florę trzeba szanować i nie należy jej niszczyć. Tak więc zadanie mieliśmy o tyle utrudnione, że należało znaleźć wiatrołom, tudzież Leszczynę chorą. W sumie to wiatrołom Leszczyny jest niemożliwy do znalezienia. Drzewo jest na tyle elastyczne i giętkie, że musiałoby być mocno wysuszone i spróchniałe by ulec złamaniu. A suche i tym bardziej spróchniałe na nic by nam się nie zdało, chyba, że przywalone przez inne drzewo. Na użycie zdrowej moglibyśmy sobie pozwolić pod warunkiem posiadania przy sobie maści drzewnej do balsamowania ran drzew, a i to byłoby swego rodzaju „wandalizmem”.
Tak więc poszukiwania urozmaicone były odnalezieniem drzewa „zepsutego”. Dodatkowym utrudnieniem było to, że taki kawałek drzewa powinien spełniać pewne kryteria – odpowiednia grubość, długość, kształt  i jak najmniej sęków. Koniec końców postanowiliśmy, że nie będziemy szukać aż tak precyzyjnie dobranego drewna bo równie dobrze moglibyśmy liczyć na wygraną w „totka”. A sam łuk miał posłużyć nam jedynie do praktyki w obróbce i do zabawy, a nie jako narzędzie łowieckie bądź sportowe.

Ruszyliśmy w knieje. K-lif oczywiście przodem, wielce uradowany z szykującego się spaceru. I rozpoczęliśmy krążenie po chaszczach. Nie mogliśmy zbytnio oddalać się od obozu, jednak wokół były ścieżki i zawsze ktoś mógł tamtędy przechodzić, a przy okazji zajrzeć na zasadzie „co to, kto to”. Minęło parędziesiąt minut i… i nic. Leszczyn oczywiście mnóstwo, niektóre pnie idealne, ale zdrowe. Osiągnęliśmy poziom rezygnacji z zamierzonego planu. Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Jako, że Jarek jest swego rodzaju guru od łuków na naszym forum i będzie najlepiej wiedział jakie drzewo dobrać mówię mu:
– Słuchaj, a jakby podejść w okolice wcześniej mijanego buldożera? Tam jakąś wycinkę uskuteczniali. Wczoraj piątek, dzisiaj sobota… może nikt tam dzisiaj nic nie robi? Jestem pewien, że jakieś Leszczyny, jeszcze świeże tam się walają, a daleko w sumie to nie jest. Ja poczekam w obozie.
– No spoko – po prostu. I poszedł.
Nie było go może pół godziny. Przyszedł z dwoma kawałkami Leszczyny, świeżej i idealnej do obróbki. Dodatkowo kilka mniejszych gałązek pod kątem zrobienia strzał.

IMG_0100 IMG_0101 IMG_0102 IMG_0106Osobiście jeszcze nigdy nie robiłem łuku, więc Jarek poinstruował mnie jak się go wykonuje. Oczywiście obróbka była mocno nieprecyzyjna, a jedynie czysto „survivalowa”, czyli na szybko. Do użycia mieliśmy toporek oraz własne noże.
Rozpoczęliśmy obróbkę, a wióry leciały. K-lif miał przy tym niezłą radochę. Najpierw popatrzył, pomyślał „co te ludzkie głupki robią”, później sam rozpoczął obrabianie wybranych kijków przy pomocy własnego uzębienia. Zestaw drwali i stolarzy w środku lasu. Kawałek drąga nabierał powoli kształtów łuku, przynajmniej od strony pierwszego ramienia. Przesiadłem się na swój nóż. Gdy go kiedyś zamówiłem u Lotara (polecam człowieka, jest prawdziwym kowalem-artystą w tworzeniu noży i innych żyletek: https://www.facebook.com/LotarKnives) miałem na uwadze wykorzystywanie go do właśnie takich celów. Sprawdzał się idealnie. Toporek odwiesiłem i pozostałem przy nożu. Pewnie była to również kwestia przyzwyczajenia do narzędzia. Jarek w tym czasie pozostawił mnie przy obróbce łuku, a sam zajął się wyrabianiem strzał. Po około dwóch godzinach strugania, sprawdzania i badania symetrii i giętkości łuku uznaliśmy, że w takim stanie jest w porządku. Wymierzyliśmy linkę, która miała nam posłużyć za cięciwę i przysiedliśmy przy ogniu celem skonsumowania jakiegoś posiłku, nabrania sił po obróbce (trochę to jednak wymaga wysiłku). Przy okazji palenia się ognia Jarek mógł podsuszyć obrobione już strzały, wyprostować je nad ogniem i zająć się mocowaniem lotek oraz grotów.

IMG_0223IMG_0077 IMG_0107W końcu postanowiliśmy pobawić się w Robin Hood’ów. Głównie ja strzelałem gdyż Jarek na co dzień może to robić. W domu ma łuków trzysta na ścianach i jeszcze dwieście w szufladzie. Strzela z jednego ulubionego. Żartuję – nie wiem ile ma łuków. Smilie: ;)
Mnie naszła ochota na wykonanie zdjęcia, które uchwyciłoby w tle mnie strzelającego i strzałę, centralnie zbliżającą się ku aparatowi. Bacznie uważałem by nie trafić i nie uszkodzić aparatu. Wystrzeliłem razy… sto? Oczywiście strzała wędrowała w zupełnie innych kierunkach, a jakże – wszak praktyka nikła, a ta czyni mistrzem. Aparat ustawiony był na auto-migawkę. Jedno, że musiałem wystrzelić strzałę w odpowiednim kierunku, to do tego, metodą prób i błędów wstrzelić się w moment wyzwolenia migawki. Bez skutku. W końcu na odczepnego wystrzeliłem strzałę o tak, a ta chcąc nie chcąc powędrowała prosto w aparat lekko go obcierając. Oczywiście nie zgrała się z migawką. Ale uśmiech radosny na gębie się pojawił. Chcesz trafić? Nie celuj.

IMG_0108 IMG_0109 IMG_0112 IMG_0114 IMG_0184 IMG_0202Z uchwycenia zdjęcia zrezygnowałem, a następnym celem była torebka foliowa naładowana torfem, rozwieszona pomiędzy drzewami na linie. Tutaj z odległości mniej więcej dwudziestu metrów próbowaliśmy trafić w worek. Z mniejszym bądź większym skutkiem jednak torbę kilka razy udało się przedziurawić na wylot. Ogólnie rzecz ujmując, jak na pierwszy mój łuk – wyszedł on całkiem nieźle. Mam go do dzisiaj – pierwszych łuków się nie wyrzuca. W domu sezonuję go teraz celem ususzenia drewna w odpowiednich warunkach. Już po dwóch tygodniach zasięg jego wzrósł do ponad pięćdziesięciu metrów. Strzała poszła gdzieś do sąsiada przez długość działki (pardon, wymskło się), który nie wiem czy ją znalazł. Ale jeśli tak, to na pewno mocno się zdziwił.
Ale wróćmy do lasu.

Strzelania zaprzestaliśmy i rozpoczęła się kontynuacja leniuchowania i męskiego plotkowania. Jakimś cudem dzień dobiegał końca. Zapomniałem rzec, że w czasie robienia łuku i strzelania z niego, nieopodal, ścieżką przechodziło kilka osób. Czy zostaliśmy zdemaskowani, nie wiemy. Przy wieczorze zastanawialiśmy się nad tym i czekaliśmy na ewentualne odwiedziny. Nikt nie przyszedł z wyjątkiem…
… Jarek odszedł na bok celem czegoś tam, gdy nagle wrócił szybciej niż odchodził. Czemu?
Otóż drugiego wieczora w okolicy urzędował koziołek. Zapewne ten sam co wieczora poprzedniego. Jednak tym razem, gdy Jarek odszedł za czymś tam kroki skierował właśnie ku niemu. Później się okazało, że było tam wyklepane legowisko – jak nic jego, koziołka właśnie. Koziołek nie był zachwycony zbliżającym się człekiem i począł niemiłosiernie szczekać i ryczeć. Ale tak intensywnie, że nawet K-lif jak usiadł z wrażenia, tak nie miał wcale zamiaru biec w jego stronę. Koziołek musiał być nieźle wpieniony. Szybki powrót Jarka udoskonalił fakt, że gdy tam się przedzierał przez krzaki, w tle koziołek krzyczał na niego systemem wulgaryzmów pospolitych, po obok przebiegającej ścieżce przejechała jakaś postać na rowerze. Ni to baba, ni to koń. Przyznam, że ja się uśmiałem nieźle z tego, Jarek też choć musiał jakąś „mini traumę” przeżyć… wyobraźnia robi swoje. Ciemna już noc – koziołek bluzga i ktoś/coś na rowerze, a to wszystko obok. Smilie: :)

IMG_0092 IMG_0097 IMG_0216W końcu zmógł nas sen. Deszczu już nie było tej nocy, spało się dobrze i spokojnie. Komary zostały przez nas zaakceptowane w pełni jako prawowici mieszkańcy obozu.
Nad ranem, po szybkim śniadaniu rozpoczęliśmy zwijanie obozu. K-lif w nocy musiał jakoś niewygodnie się ułożyć, łapki mu chyba się  wyziębiły, gdyż skorzystał z jeszcze ciepłego popiołu w ognisku i przysiadł przy nim rozgrzewając sobie tym łapy. Prawdziwy survivalowiec. Smilie: :) I jeszcze jako ciekawostkę przedstawię na zdjęciu bardzo ciekawego osobnika, który urzędował na pobliskim drzewie. Naprawdę robił wrażenie i wzbudzał w nas niepokój. Może ktoś wie co to za gatunek?

IMG_0198 IMG_0200 IMG_0221 IMG_0225 IMG_0227Na koniec, po ogarnięciu wszystkiego i przysypaniu ciepłego jeszcze miejsca po ognisku pstryknąłem zdjęcie klepiska jakie po nas zostało i ruszyliśmy z powrotem ku Rawce. Tam długo nie czekając na pociągi, jak przy przyjeździe rozjeżdżających się w zbliżonym czasie ruszyliśmy, każdy w swoją stronę. Do miast witających nas z otwartymi ulicami – ku naszemu niezadowoleniu.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Spacerniaki

4 Responses to 12-14 lipca 2013 r. – niby deszczowy weekend

  1. Szkoda, że nie mogłem się wtedy rozdwoić i być z Wami.
    Ta bestia to po prostu świerszcz Smilie: ;)

  2. Fajnie opisane, świetne fotki , lubię czytać wasze raporty z wypraw.Mam nadzieje że niedługo gdzieś się wszyscy wybierzemy .

  3. Umiejętność strzelania z łuku to fajna sprawa, choć przyznam, że mi marnie idzie – ale to kwestia niedopasowanego, zbyt ciężkiego i dużego łuku jak na krótką kobietkę Smilie: ;) No i fakt, że łuki są dla praworęcznych… Nigdy mi przez myśl nie przeszło, że to może być takim problemem. Teraz wiem, że muszę sobie po prostu kiedyś skonstruować własny łuk pod lewą rękę Smilie: :)

    Ciekawy wypadzik Smilie: :) A świerszcz, choć to „tylko” świerszcz, wygląda kosmicznie Smilie: :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>