14.V.2013 r. – Piknik w Lesie

IMG_0091_214 maja roku pańskiego 2013 r. Zwykły dzień zwykłego tygodnia. Wypadałoby w takim momencie siedzieć w… lesie, prawda? Ale żeby posiedzieć w lesie, trzeba najpierw weń wejść, a żeby weń wejść trzeba najpierw się do tego przygotować.
Przygotowania nie były zbytnio skomplikowane, jako że i sam pobyt takowym być nie miał. Ot do przejścia kilka krótkich kilometrów – zawsze mnie zastanawiała różnica pomiędzy krótkimi, a długimi kilometrami. Podstawową jest to, że te krótkie na ogół nie prowadzą pod górę, a te nie prowadziły. Kilometry te wyznaczać miały mnie i K-lifowi jakieś zaciszne miejsce z dala od drogi, miejsce gdzie można przysiąść ze spokojem ducha i ciała, rozłożyć swój szpej, przygotować sobie jakiś posiłek i podumać o tym jak to jest za górami, za lasami, za siedmioma dolinami.

Posiłek zaplanowany był na ciepło. Jakaś tam zupka, herbatka, może kanapeczka. Sam pobyt był kilkugodzinny za dnia, bez planu na nocowanie. Ognia bynajmniej palić nie zamierzałem i też nie paliłem. Postanowiłem zabrać ze sobą jakże zasłużoną (na Jurze) kuchenkę z puszki do napełnienia denaturatem. K-lif był już po posiłku, więc dla niego zabrałem jedynie przyzwoitej wielkości przysmak, tak dla zabicia apetytu. Okazało się zresztą, że jeść nie potrzebował i wystarczyła mu w zupełności sama woda. Owszem, miał chętkę na pasztet, który przeznaczyłem sobie na kanapeczkę. Ale, nie – nie dla psa… pasztet. Mimo to cwaniak coś tam tam liznął. Po reprymendzie obraził się i poszedł leżeć pod drzewo, ale długo z obrazą nie wytrzymał. Smilie: ;)

IMG_0100_2Sam spacer był o tyle dla mnie fajny, że nabyłem sobie płachtę, którą zamierzam nosić zamiast namiotu kiedy ten jest zbędny do dźwigania, a jakieś tam zadaszenie jednak może się przydać. Nie padało, ale płachta się przydała. Osłona przed słońcem, luki od spodu i co za tym idzie – taki mini przeciąg, jaki się wytworzył pod płachtą podkręcały zadowolenie z naszego pikniku. Dodatkowo komary, których nie było dzięki długiej zimie, przebudzone i wygłodniałe z „zaspania” mniej dokuczały, aniżeli byśmy mieli siedzieć zupełnie bez osłony. Zwykła płachta, a jak cieszy. Ogólnie było bardzo swojsko, pusto (czyt. nietłoczno) i cicho.
Siedząc sobie po beduińsku, choć w lesie a nie na pustyni, zagotowując sobie wodę na zupkę, smarując sobie pieczywko pasztetem dumałem tak o:

– strasznych kleszczach, które sieją panikę wśród ludzi – przy obozie napotkałem tylko jednego, choć w trawiastym terenie byłoby ich o wiele więcej zapewne;
– upierdliwych komarach, które wykluły się jak ludzie w supermarketach przy super promocjach;
– powietrzu, które swoją suchością wraz z zapachem lasu przywiewało na myśl lato, a nie wiosnę;
– padalcach, które zaczęły swój okres lęgowy z miesięcznym opóźnieniem;
– stosunkach międzyludzkich, które są nader porąbane, a które obecnie nie miały nic ze mną wspólnego (choć może bardziej niż myślałem);
– oraz wielu innych rzeczach, mniej lub bardziej istotnych.

IMG_0125_2 IMG_0165_2 IMG_0180_2 IMG_0190_2 IMG_0217_2
image

I tak upłynęło kilka godzin siedzenia w lesie. Ktoś by pomyślał, że czas stracony, niewykorzystany… bynajmniej.
Co pomyśleliśmy to pomyśleliśmy, co zobaczyliśmy to zobaczyliśmy, co usłyszeliśmy to usłyszeliśmy, co posmakowaliśmy to posmakowaliśmy, co poczuliśmy to poczuliśmy. Zmysły pracowały pełną parą. I co najważniejsze – po swojemu.

Posprzątaliśmy, spakowaliśmy szpej do plecaka i ruszyliśmy z K-lifem z powrotem do domu.
IMG_0203_2 IMG_0205_2Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Spacerniaki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>