19.V.2013 r. – golf, John i dziki zachód

IMG_0269_2Niedziela – kolejny słoneczny dzień do przeżycia. Grzechem byłoby przesiedzieć go wśród ścian, a nie daj Bóg przespać. W związku z tym wpadłem na dość mało oryginalny (w moim przypadku) pomysł wybrania się na spacer. Nie jakiś tam wielki spacer, ot zwykły spacerek na dystansie paru kilometrów, gdzieś tam i z powrotem. Oczywiście nie sam, z K-lifem ma się rozumieć. Co mi psina będzie wiotczał.

Zamierzenie było takie. Przejść lasem i dojść w okolice Wisły, gdzieś sobie klepnąć na glebie, standardowo spożyć jakiś posiłek, coś tam wypić i powygrzewać się na słońcu lub schować się przed nim w cieniu. Zawinąłem więc plecak, a w nim standardowe wyposażenie Vagabundogów – kuchenka polowa, nóż, kubek do gotowania (menażek nie brałem) i inne rupiecie. Oczywiście zabrałem zapas wody na drogę, karmę dla K-lifa i… uśmiech na gębie. Resztę kalorii (tych moich) zamierzałem zakupić po drodze w sklepie, który miałem nadzieję zastać czynnym.
Co do kuchenki, ta jak dotąd była lekko niedopracowana. Nie można było stawiać bezpośrednio na niej naczynia, gdyż nie było wtedy wystarczającego dostępu tlenu i ogień wtedy przygasał. Musiałem zawsze wbijać wokół niej jakieś kijki, na których dopiero stawiałem naczynie – rozwiązanie też nie za dobre, kijki potrafiły zająć się ogniem. Ale w ostatnim czasie dorwałem mały koszyk rowerowy – choć bardziej przypominało mi to małą suszarkę do naczyń – tak czy inaczej, koszyk ów potraktowałem swoim nożem i wykonałem z niego mały ruszt. Odstające pręty po rozgięciu można wbić w ziemię na dowolną głębokość i w ten sposób regulować sobie poziom rusztu względem ognia z kuchenki postawionej pod spodem. Ruszcik ten można również zawiesić przy pomocy łańcucha nad kuchenką lub małym ogniskiem. Ogólnie doszedł dodatkowy element do wyposażenia polowego i tak jak ostatnio cieszyła mnie głupia płachta, tak teraz cieszył mnie głupi ruszcik.

IMG_0285_2
Ruszyliśmy. Bez zbędnego gadania – tup tup i do przodu. Po drodze mijaliśmy sporo ludu również korzystającego z tego ładnego dnia. A to jakiś człowiek uprawiał bieganie, a to jakaś rodzina na rowerach zwiedzała las, a to jakaś para z „haskim” sobie spacerowała. Spacerowałem i ja – z K-lifem. Szliśmy tak i szliśmy, szliśmy, wciąż szliśmy… stop! Wody! Piliśmy i piliśmy, wciąż piliśmy… no nie, tak dużo nie piliśmy, tylko kilka łyków. Nagle usłyszałem, że z tyłu nadjeżdża samochód. Masakra – pomyślałem – ten las jest zbyt ucywilizowany. Odwróciłem się, spojrzałem – policja. Hmm… w sumie dobrze, że jeżdżą, niech sprawdzają. Choć mniej bym się zdziwił jakby to jechał samochód nadleśnictwa, a nie policyjny. Radiowóz nas minął, dodatkowo grupa rowerzystów, trochę komarów i mrówek, jakiś wiaterek nawet przemknął obok, a my jak to my twardo poszliśmy dalej.
Doszliśmy do szosy. Nawet ciekawy widok. Ściana drzew, w nich dziura, takie okno na niby świat. A w tym świecie asfalt o temperaturze nagrzanego…  asfaltu. A po nagrzanym asfalcie z lewej na prawą lub odwrotnie grzeją z szumem i zgrzytem blaszane puszki o różnej kolorystyce, tak zwane samochody. No dobra, należało przejść na drugą stronę szosy. Kiedyś była taka gra, trzeba było żabką przejść z dołu ekranu do góry ekranu. Po drodze trzeba było wymijać przeszkody. Przejście przez szosę aż nad to skojarzyło mi się z tą grą. K-lifowi nie wiem z czym się skojarzyło. Nie mówił, a ja nie pytałem. Może w pysku mu zaschło? Mnie na pewno. Tak więc zatrzymaliśmy się dla napicia wody, oczywiście po przejściu przez szosę.

IMG_0276_2

Teraz zdradzę gdzie miałem plan dojść. Postanowiłem, że pokażę K-lifowi jak ludzie bawią się piłeczkami i kijkami, co by nie myślał sobie, że to tylko zabawki dla psów. Celem naszej podróży miały być pola golfowe lub przynajmniej ich obrzeża. Wszak my to biedne stworzenia, a zabawa ta przeznaczona jest dla elit. Z nas żadna elita jednak również mamy jelita, więc mały biwak na jedzonko jest w sam raz. Nawet przy polach golfowych. Po drodze, ku naszemu szczęściu zastaliśmy otwarty sklepik. Zakup polegał na uzupełnieniu już kończącej się wody, kilku zupek błyskawicznych, bułeczek, paszteciku i piwka dla mnie – a jakże! Pani w sklepie zadałem dość dwuznaczne pytanie – „Do której jest otwarta?” – ta ze szczerym uśmiechem odpowiedziała, że do osiemnastej. Acha – pomyślałem, randki na pewno nie będzie (nie mój typ, nie mój wiek) ale kolejna wizyta po jakiś zakup w drodze powrotnej jak najbardziej.

IMG_0256_3

Poszliśmy dalej. Nie skierowałem nas jeszcze wprost do celu (Wisła od nas była tuż tuż na zachód), wtedy musielibyśmy przebić się przez teren pól golfowych, a z psem byłoby to raczej niemożliwe. Kroki skierowaliśmy w lewo, na południe rowerowym szlakiem koloru zielonego.
Po drodze, idąc wzdłuż szosy o mały włos nie nadepnąłbym na żmiję. Na szczęście tak się nie stało, ta tylko syknęła i czmychnęła w ściółkę. Dalej kilka jaszczurek również wygrzewało się przy krawędzi szosy. Pomyślałem, że skoro jaszczurki powtarzają się tak często to żmije również mogą. Błąd zaskoczenia nie może się powtórzyć, więc wziąłem do ręki znaleziony kij i idąc dalej co i rusz obstukiwałem drogę. Prosty patent, od lat działający na te biedne żmijki – rytmiczny stukot kija uprzedza je (kij idzie!) i odstrasza. Doszliśmy do odbicia w prawo, na zachód w kierunku drogi polnej prowadzącej ku Wiśle. Skręciliśmy i dalej już wędrowaliśmy z dala od asfaltu. Niby nie mniej gorąco ale jakoś tak przyjemniej – zrozumiałe. Po drodze minęła nas jakaś dziewczyna na rowerze – nie pytałem, o której kończy jazdę. Widząc już wał przeciwpowodziowy nad Wisłą pocieszyłem K-ifa, że odpoczynek nastąpi już za chwilę. Sam też już miałem ochotę przysiąść, rozstawić szpej i zagotować sobie zupkę. No i piwko wypić nim te nabierze temperatury do poziomu grzańca. Po paru minutach doszliśmy do pól golfowych, już od drugiej ich strony. Akurat na tym poziomie, od strony Wisły był fajny kawałek piaszczystego terenu (zawsze mniej potencjalnych kleszczy), nic tylko rozsiąść się wygodnie i zacząć relaks.

IMG_0259_2Relaks się rozpoczął. Ja rozstawiłem swojego „mastercook’a”, zacząłem zagotowywać wodę na zupkę, K-lifowi sypnąłem karmy i sam zacząłem miło sączyć browarka. Ludziska na rowerach, co i rusz przemykający wałem patrzyli z zainteresowaniem co ten człek i pies tam robią. A nic – jedzą sobie, piją i siedzą. Nagle, jedni z przemykających rowerzystów (chłopak i dziewczyna) okazali większe zainteresowanie niż reszta. Jako, że wzrok mój powoli przypomina mi o nieustającym starzeniu się, nie byłem pewien któż to i czegóż to może chcieć. Ku miłemu zaskoczeniu okazało się, że to dobrzy, starzy znajomi. Znajomi, którzy tak jak ja, zupełnie niespodziewający się ich w tym miejscu, tak i oni nie spodziewali się zastać w tym miejscu mnie. Ucieszyliśmy się z przypadkowego spotkania serdecznie i poświęciliśmy parę chwil na rozmowę o tym i o tamtym. Sam K-lif przywitał ich „czujcie się jak u siebie na łące”. Milusio ale każdy ma swoje obowiązki i chęć spędzania czasu po swojemu, więc po miłej pogawędce znajomi stwierdzili, że będą wracać do jazdy  rowerowej. Pożegnaliśmy się, a K-lif odprowadził ich wzrokiem, gdzie zaraz po tym z powrotem wyłożył się w cieniu i dalej wspólnie kontynuowaliśmy relaks.

IMG_0263_2
Minęło chwil „mniej więcej” – że tak powiem. Słońce zmieniło położenie i nasza miejscówka zaczynała zapominać co to cień. Stwierdziłem, że pora wracać. Do przejścia niewiele, ale ileś tam czasu trzeba jednak na ten powrót poświęcić. No i ponowna wizyta w sklepie, woda ulegała wyczerpaniu. Co by urozmaicić sobie marsz nie cofnęliśmy się do drogi, którą tu dotarliśmy, a ruszyliśmy siłą rozpędu dalej. Zamysłem było ominięcie pól golfowych z drugiej ich strony. Ale jak tak szliśmy, tak woda już zupełnie się skończyła. Ja to ja, ale czemu K-lif miałby iść o suchym pysku? Postanowiłem zakpić sobie z graczy, a było ich sporo na terenie pól i tym samym przeciąć owe niż je okrążać. Jakieś 30-40 minut w ten sposób zaoszczędziliśmy. Z wiadomych powodów wybrałem taką ścieżkę, która nie była akurat na przecięciu lotu piłek. Zbliżający się gracze byli o jakieś dwa dołki do tej ścieżki –  czyli daleko, a ci co już ją przecięli nawalali piłeczkami w drugą stronę. Miałem tylko nadzieję, że K-lifowi nie zachce się w tym momencie walnąć czegoś innego niż piłeczka, ta elegancka trawka mogła wydawać mu się dość ponętna. Ryzyko zawodowe. Na szczęście zachował się jak przystało na psa chwilowo bez jelit i uszanował teren gry elit.

IMG_0275_2Gdy doszliśmy do wyjścia z pól zastało nas kolejne ciekawe spotkanie, choć nie ze znajomymi. Przy parkingu zauważyłem małego elitarnego pieska. Robił elitarne siku na elitarnej trawce. Obok elitarnego samochodu, elitarny pan wypakowywał kije z bagażnika, a elitarna pani pilnowała elitarnego pieska. Piesek był rasy… nie mam pojęcia jakiej, ale na pewno białej, fryzjerskiej i jedno jest pewne – był psem! Jak tylko zobaczył K-lifa zaprzestał swojego sikania i długa do K-lifa. W tym momencie zaczął się raban. Elitarny pan jak delikatnie wyciągał kije z bagażnika, tak momentalnie je odrzucił z powrotem i krzyczy do elitarnego psa: – John, wracaj! – John nie reaguje. Biegnie i szczeka. Elitarna pani wystartowała i biegnie za nim – John stój!
Elitarny pan krzyczy do pani: – Łap go!
– Ale jak?! – odpowiada w panice pani.
– Za szelki, a jak?! – krzyczy pan. John miał na sobie czarne szelki, zapomniałem dodać.
Ja cały czas szedłem z K-lifem do przodu, on zmęczony od gorąca nawet niespecjalnie się interesował Johnem. No, ale jak tak elitarny John za nami biegł, elitarna pani za nim, a za nią nawoływał elitarny pan, postanowiłem ułatwić im sprawę i się zatrzymałem. Nie byłem pewien czy K-lif nie zechce odgonić delikatnie Johna, ale nie.
John dobiega, pani za nim i łapie go za szelki. Ale tak precyzyjnie i gwałtownie, że nie zdziwiłbym się jakby Johnowi otworzył się spadochron.
Uff! Poszliśmy dalej. Wiem tylko, że pomiędzy elitarnym panem i panią wywiązała się „ostra” wymiana zdań na temat nieprzypilnowania Johna. Lub kijów może?

My już na nic nie zwracając uwagi poszliśmy w kierunku sklepu. Uzupełniłem wodę i powędrowaliśmy z powrotem ku lasowi, by przezeń przejść i dojść do domciu na odpoczynek po wielkiej przygodzie na dzikim zachodzie. Po powrocie K-lif uciął komara, a te ucięły mnie. I to wiele razy. A, i jeszcze! Po drodze natknęliśmy się na fajnego chrząszczowatego, do którego jak się zbliżyłem z aparatem, ten się zwinął i udał martwego. Smilie: :)

p.s. Przepraszam, że nie ma zdjęcia Johna – aparat był w plecaku. Błąd!

IMG_0258_3 IMG_0266_2 IMG_0278_2 IMG_0290_3 IMG_0292_2 IMG_0293_2
Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Spacerniaki

One Response to 19.V.2013 r. – golf, John i dziki zachód

  1. Nigdy nie chowaj aparatu! Sam próbuję trzymać się tej zasady, ale na prawdę ciężko o niej pamiętać Smilie: ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>