Samotnie w chatce, z dala od wszystkiego…

DSCF5168Chciałbym w miarę zwięźle opisać jak spędziłem z K-lifem ponad dobę w chatce, która usytuowana jest nie tyle daleko co w dość niełatwo dostępnym miejscu… gdzieś tam w lesie, na wzgórzu, z dala od wszelkich wygód świata cywilizowanego.
Dzisiaj mamy czwartek, a do chatki wybraliśmy się w poniedziałek. Wstępnie mieliśmy ruszyć w niedzielę, lecz możliwa godzina wymarszu była zbyt późna, a drogi do chatki dotąd nie przemierzałem więc nie chciałem ryzykować, iż zastanie nas zmierzch w środku lasu, w śniegu po pas i na mrozie. Tak więc wymarsz nastąpił w poniedziałek, o porze przedpołudniowej. Plan zakładał, że czas potrzebny na pokonanie trasy to około 3 godzin. Jak się miało później okazać trwało to ciut dłużej. Odległość do chatki to około 7-8 km. Niby niewiele ale w warunkach pełnej zimy (prawie) dystans ten okazać się miał niemałym.
Zabrałem ze sobą podstawowy ekwipunek, który jest moim niezbędnikiem w tego typu wymarszach… czyli taki, który pozwoliłby na spędzenie nocy pod gołym niebem, jeśli nastąpiłaby taka sytuacja, a więc znalezienie chatki stałoby się niemożliwym. A taka ewentualność istniała. Poza ekwipunkiem zabrałem troszkę prowiantu dla nas i na drogę pół litra wody. Ruszyliśmy około 11:30.

DSCF5240Pierwszych kilka kilometrów nie było zbyt skomplikowanych. Prosta droga po udeptanym szlaku zaprzęgowym. Śniegu lekko ponad kostki. Mapa jaką posiadałem nie była górnolotna, czysto symboliczna, mimo, że udawała bycie topograficzną. Jednak jej jakość miała wiele do życzenia, a i skala była nieznana. Minęliśmy punkty strategiczne bezproblemowo, te wg mapy jeszcze do odczytu – chatka „London”, chatka „Stalingrad”…, jednak gdy doszliśmy do miejsca gdzie należy odbić w bok i podążać ścieżką dość mało czytelną, zarówno na mapie jak i na żywo, pozostało nam orientowanie się w terenie czysto wzrokowo, intuicyjnie i na łut szczęścia po trosze.

DSCF5239Szlak wiodący teraz był oznaczony niebieskimi tasiemkami, to oplecionymi wokół pni, to zwisającymi luźno z gałęzi. Taśmy umiejscowione były w miarę regularnie, choć nie zawsze na odległość widoczną gołym okiem pomiędzy nimi. Sprawę ich zauważenia utrudniał fakt, iż wszystkie drzewa oblepione były śniegiem, a gdzieś, na którymś z drzew wisiała sobie pod śniegiem niebieska tasiemka, tak mozolnie przez nas wyłapywana co raz to bardziej zmęczonym wzrokiem. Mimo użycia rakiet śnieżnych na nogach marsz przez odcinek niebieski (jakieś 4 km) był niezmiernie ciężki. Szlak był nieprzetarty i śnieg sięgał od poziomu kolan (w najlepszym wypadku) do pasa. K-lif miał go niekiedy po grzbiet.

2014-01-27 13.08.15 2014-01-27 13.39.04 2014-01-29 12.03.17I tak jak samo przedzieranie się przez ten szlak było męczące fizycznie – poza śniegiem do okiełznania było mnóstwo odcinków, a to pod górkę, a to w dół – dochodziło do tego zmęczenie psychiczne. Czas nas gonił, było około 15:00, a my byliśmy „w lesie” – i to dosłownie. Zmierzch sięgał nas już co raz prędzej, cali mokrzy, a sam plecak miast 8 kg odczuwałem na 20 kilo minimum.

2014-01-27 13.08.37 2014-01-27 13.21.34 2014-01-29 11.50.00Najgorsze były miejsca gdzie las się przerzedzał i wychodziło się na pola wzorem polanek. Gdzieś po drugiej stronie tej polanki jest drzewo z niebieskim znacznikiem. Potencjalnych wyjść po drugiej stronie widać 3. Które jest tym właściwym? Nie pozostawało nic innego jak „rzut kostką”. Złych wyborów było tyle co i rzutów. Fakt, że potencjalne wyjście z polanki okazywało się zupełnie czymś innym niż ścieżka, następował po przejściu tą „ścieżką” wielu metrów. Po niedługim czasie następował nawrót i druga próba wyboru odpowiedniego wyjścia z polanki. Czas pędził, robiło się naprawdę ciemnawo, a odległość do chatki wydawała się jeszcze znaczna. We mnie zaczynało narastać, nie tyle panika lub rezygnacja, co porządne wkur… na liche oznaczenie szlaku. Momentami czułem się jak jakiś Atreju, który ratuje Fantazję… tylko zamiast Falkora mam K-lifa przy boku.

2014-01-27 13.38.56 2014-01-29 11.47.24 2014-01-29 11.49.13 2014-01-29 11.55.43 Po jakimś tam czasie przebrnęliśmy przez wszystkie możliwe polanki, znajdując się na odpowiedniej drodze. Znaczniki były, a sama ścieżka była tylko jedna możliwa i to ewidentnie. Jednak jak się nią tak szło, to się nią tak szło i szło i szło… znaczniki się skończyły… pojawił się za to jakiś inny – żółty. Co jest k… – aż tak zmęczony to nie jestem by kolory mi się odwróciły? Na szczęście miałem zasięg w telefonie i wykonałem połączenie do Katinki (tak ma na imię właścicielka farmy i chatki zarazem). Okazało się, że wszystko się zgadza, znaczników dalej nie ma bo i droga jest ewidentnie prosta i czytelna. Po jakiś 2 km powinienem zobaczyć chatkę. Zobaczyłem ją szybciej bo jakieś 1,5 km mieliśmy z K-lifem już za sobą. Radość nieziemska. Wreszcie… wycieńczeni, zmordowani i lekko na zwątpieniu dotarliśmy do celu.

2014-01-29 11.29.41 2014-01-29 12.08.56 2014-01-29 12.10.28Teraz wystarczyło sięgnąć po klucz w komódce na ścianie chatki. Otwieram komódkę… nad głową już praktycznie ciemne niebo, gdyż do chatki dotarliśmy około 16:30 (tyle trwała nasza przeprawa – 5 godzin!)… przewalam rzeczy w komódce: pudełka, narzędzia inne duperele… tu nie ma żadnego klucza!
Zaczynam czuć, że lekko zamarzam. K-lif poszedł i usadowił się w ciepłym legowisku psim. Takie budy o konstrukcji szałasów usiane siankiem. Przynajmniej ma to póki co. Ja osobiście zaczynam nie czuć rąk, mokre spodnie przymarzają mi do ciała. Normalnie miałem ochotę coś rozwalić dla adrenaliny, nabycia ciepła i wyrażenia swoich emocji względem celu podróży – tak blisko, a tak daleko.
Dzwonię do właścicielki:
– Klucza nie ma!
– Musi gdzieś tam być, na 100%!
– Przeszukałem komódkę, nawet toaletę (ściany, nie sam środek) i psie szałasy! Cholera, wszystko przeszukałem, nie ma! Ok. Muszę odpocząć. Rozpalić ognisko, rozgrzać się…

W między czasie podjąłem próbę włamu. Metalowy zawias od kłódki zdawał się móc „wymontować” z drewnianej bali. Udało mi się przeciąć przecinakiem jedną śrubę. Druga się nie dawała ale próbowałem. Przynajmniej cieplej było. Ale i męcząco przy tym. Postanowiłem odpocząć. Już miałem iść rozpalić ognisko, samemu się usadowić obok K-lifa w psim szałasie celem rozgrzania… postanowiłem jeszcze raz poszukać klucza. Gdy podszedłem do komódki, jakoś przypadkowo machnąłem nogą i w tym momencie zobaczyłem w śniegu coś czerwonego. To wszystko przy świetle czołówki, więc dość mało wyraźnie… ale jednak. Schylam się, odgarniam śnieg… klucz! Kur… klucz!

– Jest! Kur… jest! Ja pierd…! K-lif do środka!
Musiałem się wydrzeć z radości. A i tak nikt mnie tam nie mógł usłyszeć… co najwyżej łoś lub dwa, które w tym momencie postanowiły zmienić rewir by się trzymać z dala od świrów.

Godzina 17:30, pełna ciemnica, wpół zamarznięci, przemęczeni fizycznie i psychicznie, głodni i spragnieni weszliśmy do chatki, która przy tym wszystkim nie była już tylko przyjemnością i odskocznią od codzienności – była zbawieniem.

Rozpoczęła się procedura regeneracji ciała i ducha. Pierwsze co „ogień”.
Sama chatka to chatka w starym stylu, bo i sama jest po prostu starą chatką (okres międzywojenny), składa się po prostu z jednej izby. Po środku stoi „koza” jako jedyne i główne centrum grzewcze. Światło w niej to pierdylion świeczek i kilka lamp naftowych. Są łóżka, stół, ławy do siedzenia, mnóstwo elementów współczesnych również (jak jednopalnikowa kuchenka gazowa), jest jakiś prowiant… ale najważniejsze, że jest praktykowana zasada. Odchodzisz ostatni z miejsca, zostaw dla następnych przygotowany zestaw do szybkiego rozpalenia ognia. I taką też sytuację zastałem.

DSCF5137 DSCF5140„Kozę” rozpaliłem momentalnie, ubrania mokre zmieniłem na suche (koszulka, skarpety), na kuchence gazowej wstawiłem wody na kawę. K-lif jadł w tym czasie pełną michę swojego żarcia. Po przygotowaniu kawy ja usadowiłem się przed „kozą”, K-lif za nią. Zaczęliśmy się rozgrzewać przy błogim cieple jaki dawał ten mały piecyk. Za niedługo ciepło było w całej izdebce, wręcz temperatura pokojowa, by niedługo potem mocno ją przekroczyć. Spodnie miałem już praktycznie suche, K-lif mocno chrapał, a ja zacząłem wręcz otwierać drzwi dla obniżenia temperatury w środku i przewietrzenia przy okazji.

DSCF5208Przygotowałem sobie posiłek w postaci puree i sosu do spaghetti – danie wyśmienite. Były też podpłomyki – a jakże! Dodatkowo przygotowałem pełen garnek wody na przyszłe potrzeby. Niedaleki strumyk był trudno dostępny, więc wodę przygotowywałem ze śniegu.
Zbliżała się godzina snu. Póki nie zasnąłem na dobre, co i rusz dorzuciłem do pieca… aż zasnąłem na dobre. Obaj z K-lifem spaliśmy mocno i długo.

DSCF5144 DSCF5172 DSCF5173Dzień następny rozpoczął się około 10:00 rano. W piecu oczywiście zgasło już dawno, izdebka się wyziębiła. Tak więc procedura standardowa. Rozpalenie, kawa, papierosek do kawy, jedzenie… w między czasie obowiązki, donieść drewna, posprzątać na bieżąco (choćby naniesiony śnieg), pozmywać naczynia. Był też czas na leniuchowanie, czytanie książki, granie na harmonijce lub robienie pamiątkowych zdjęć.

DSCF5145 DSCF5146 DSCF5148 DSCF5149 DSCF5155 DSCF5157 DSCF5159 DSCF5160 DSCF5175 DSCF5176 DSCF5178  Dzień mijał powoli i błogo. Naprawdę czułem się dobrze z dala od wszystkich i wszystkiego. Prawdę mówiąc… gdybym tak miał pewność zdobycia pożywienia (choćby poprzez polowanie), mógłbym tak żyć wcale nie krótko. Ale cóż – jest jak jest, a co ma być to będzie.

Minął pełen dzień w chatce, nadchodziła druga noc i przygotowanie do powrotu dnia następnego. Szlak nie napawał mnie ochoczo na wymarsz ale co tam, w drugą stronę będzie prościej. Jedno, że łatwy powrót po własnych śladach, drugie, że… nie ma drugiego. Nie chciało się wracać po prostu.

DSCF5181DSCF5182DSCF5183DSCF5188DSCF5193DSCF5195DSCF5143 DSCF5162  No ale ruszyliśmy… oczywiście po uprzątnięciu wszystkiego po sobie, przygotowaniu opału dla następnych, naprawieniu zawiasu i zamknięciu kłódki na klucz, który odwiesiłem w logicznym miejscu – na gwoździku, na ściance.

I rzeczywiście… droga była o wiele prostsza, choć przedzierało się przez śniegi równie ciężko. Poprzedniego dnia opad śniegu był dość intensywny, ten dość znacznie obsypał nasze ślady i ponownie trzeba było przedzierać się w śniegu po pas niekiedy. Ważne, że znaczniki w drodze powrotnej były bardziej czytelne, w poprzednią stronę wszystkie oczyszczałem ze śniegu. Po niedługim czasie dotarliśmy do szlaku zaprzęgowego – śniegu lekko ponad kostki… swoboda ruchu. Zupełny powrót na farmę zajął nam… 2 godziny! Tak jest – wyruszyliśmy podobnie jak wcześniej, o 11:30. U celu byliśmy o 13:30. Z pięciu godzin marszu, skróciliśmy czas do dwóch. Trzy godziny wcześniejszej straty poświęcone były na błądzenie i szukanie klucza.

DSCF51742014-01-29 11.56.062014-01-29 11.49.47Było niełatwo i ciężko, ale było też przyjemnie i sielsko… cały świat gdzieś tam…
Po powrocie i kontaktach z ludźmi humor spadł. Ale ja już tak mam. K-lif natomiast przywitał się ze swoimi pobratymcami i na wieczór zapadł w głęboki sen. Ja z nimi też się przywitałem, wieczorem było karmienie – karmienie 63 wariatów.

DSCF5165DSCF5201DSCF5202 DSCF5203 DSCF5204 DSCF5206 DSCF5216 DSCF5224DSCF5218
Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Spacerniaki

14 Responses to Samotnie w chatce, z dala od wszystkiego…

  1. Coś pięknego taka chatka, w Polsce by długo nie przetrwała niestety
    pozazdrościć Smilie: :)

      vagabundog says:

      I tak i nie. Myślę, że to zależy od przypadku i osoby, która natrafi na takie miejsce. Choć przyznać trzeba, że mentalność naszego społeczeństwa jest zgoła inna od tutejszego i jeśli ktoś miałby pierwszy nie uszanować takiego miejsca to raczej ktoś u nas. Smilie: :)
      Pozdrawiamy Smilie: :)

  2. Hej Adrian,

    Jak nazywają się tam w Norwegii takie chatki? Szukam w google informacji na ten temat i nie mogę znaleźć Smilie: :( Tak na marginesie to pomyśl o napisaniu książki o swoich wojażach, byłby to bestseller Smilie: ;)

      vagabundog says:

      Cześć Piotr,
      Jak nazywają się takie chatki? Ogólnie to „koia” – co w tłumaczeniu oznacza po prostu „chata/szałas”. Jakiegoś bardziej wyszukanego określenia nie znam.
      Ale nie wiem czy znajdziesz coś w sieci na ten temat pod tym hasłem. :/
      Co do książki… może kiedyś? Smilie: :) Jak będę mógł dłużej w takiej chatce posiedzieć i się na tym skupić. Smilie: ;)

    • W szwedzkich kryminałach tego typu chatki określane są mianem „stugor”- może tak będzie Ci łatwiej znaleźć więcej informacji. Pzdr.

  3. fantastyczna wyprawa . ale przyczepię się do tytułu..jak z psem, może być samotnie Smilie: :)

    pozdrawiam !

  4. W pełni rozumiem niechęć do opuszczania tak urokliwego i z trudem zdobytego miejsca. Zdjęcia, jak zwykle, niezwykle nastrojowe :] Cieszę się, że znajdujecie czas na takie oderwanie się od codzienności (choć jak dla mnie to cały Wasz pobyt za granicą jest zupełnie oderwany – niezmiennie zazdroszczę Smilie: ;))

    Pozdrawiam z moimi psiakami! – swoją drogą powoli przymierzam się do rozpoczęcia wędrówek z moim czworonożnym przysposobionym, starsza i mniejsza miejska dama będzie nas tymczasem wyczekiwać w ciepłym domu Smilie: ;)

      vagabundog says:

      Niszka – nasze oderwanie od rzeczywistości jest mniej oderwane niżby się wydawało. Smilie: ;) To chyba jak ze wszystkim. Coś jest dla nas nierzeczywiste, wyjątkowe dopóty, dopóki tego nie spróbujemy i nie poznamy bezpośrednio. Po jakimś czasie staje się to mniej oderwane, pospolite i okazuje się, że pewna wyjątkowość czegoś tam jest czymś normalnym we własnym świecie. Smilie: :)
      Fajnie, że przymierzasz się do rozpoczęcia wędrówek. A będzie jeszcze fajniej gdy je po prostu rozpoczniesz. Smilie: :)
      Pozdrawiamy Ciebie i Twoje psiaki również. Smilie: :)

  5. Czytałem w napięciu i trochę mnie zaskoczył wygląd tej chatki. Nie spodziewałem się takich komfortów Smilie: ;)
    Teraz akurat czytam „W syberyjskich lasach” Sylvaina Tessona i spodziewałem się bardziej prymitywnych warunków. Adrian, jak jeszcze nie czytałeś, to polecam.

      vagabundog says:

      Nie czytałem i chętnie to zrobię. Ba! Nawet zapodam sobie na własność do kolekcji taką książkę. Smilie: :)
      Co do chatki… komfortem w niej jest to, że posiada: łóżka i to cztery z materacami; kuchenkę gazową, jednopalnikową – taką turystyczną ale do przewozu raczej samochodem. Reszta to po prostu podstawowe i funkcjonalne rzeczy jak stół, ławy do siedzenia, szafka kuchenna. Wiadomo, nikt dziś na siłę nie będzie organizował sobie warunków na wzór „sprzed stu laty” i jeśli może sobie wyposażyć takie miejsce w coś co pomoże w funkcjonowaniu to tak zrobi. Nie każdy jest takim wariatem jak my. Smilie: ;) Ale, jest gdzieś tutaj druga chatka, bardziej „pusta i dziewicza”. Bez łóżek, ław… jakiś tam kominek i to wszytko. Mam zamiar ją również odwiedzić – celem porównania.

Odpowiedz na „niszkaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>