Beskid Śląski – relacja – dzień II

IMG_0105DZIEŃ II
Kolejny dzień naszego wyjazdu rozpoczął się od zjawiska zwanym przebudzeniem. Niby nic specjalnego, ale dla nas, pamiętających… nie-nie, nie wojnę… wczorajsze zmagania z niewyspaniem, owe przebudzenie było naprawdę milusie. Bez budzika przy głowie, bez dzika nad głową, bez zmiętolonej poduszki pod głową – po prostu człowiek odpoczął. Do tego w tak pięknych okolicznościach przyrody: słońce, a i chmur kilka, las i cały świat gdzieś tam na dole…

Gdy wyłoniłem z namiotu swoją łepetynę, zaraz za łepetyną K-lifa, który z kolei za swoją łepetyną wyszedł już swym zadem na zewnątrz, moim oczom, poza zadem K-lifa ukazał się krzątający po okolicy obozu video-reporter. Na szczęście żadne to „tefałen”, a jedynie Piotrek rejestrował w pamięci swej kamery obraz naszego obozu.
Wygramoliłem swe wyspane już cielsko z namiotu, rozsupłałem kości, rzekłem kulturalnie „dzień dobry”, przeszedłem parę metrów tam i z powrotem, i… wróciłem do namiotu. Ale nie, nie kimać. Wróciłem wyciągnąć swoją nieśmiertelną puszeczkę celem podgrzania sobie wody na poranną kawę. W między czasie reszta ekipy zaczęła wychylać swe głowy ze swych legowisk.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry?
– Dzień dobry.
– Siema.
Dobry, dobry, dobry… dużo nas. Nagle!
– Dzień dobry!
A to kto? Jakaś pani spać nie może i szlakiem obok drałuje ku górze, na złamanie karku.

IMG_0086 IMG_0089W między czasie każdy z osobna zaczął przygotowywać się do własnej kawy, herbaty, kiełbasy czy co tam chciał. Piotrek z Krzyśkiem skoczyli kilkadziesiąt metrów na dół do małego źródełka mijanego wcześniej. Może nie skoczyli, bo to nie Base Jump. Poszli sobie, z pustymi butelkami, by za niedługo wrócić z napełnionymi.
Po śniadaniach, każdy zaczął pakowanie swoich domów, łóżeczek, łyżeczek i sprzętów AGD-RTV w plecaki, by móc wreszcie ruszyć dalej ku kolejnym celom wyprawy. W końcu ruszyliśmy.

… i szliśmy…

IMG_0090 IMG_0092 Szczyt Glinne został zdobyty całkowicie – ach to wspaniale, ach te wyspanie! Pomijam fakt, że do szczytu mieliśmy jakieś 20-30 metrów różnicy poziomów. Ale frajda była. I to niemała, o czym może świadczyć fakt, że nasze sumienne maszerowanie było co i rusz przerywane z osobna u każdego krótkim postojem, obrotem wokół własnej osi – ach te widoki.
Po drodze Dawid, który wykazuje szósty zmysł jeśli chodzi o wykrycia zjawisk wybiegających ponad umysły naukowców z Roswell jak zwykle coś wypatrzył. Zszedł ze szlaku i poszedł zbadać to „coś”. Okazało się, że był to okrąg ułożony z kamieni, mniej więcej średnicy 4-5 metrów, a wysokości obmurowania około 1 metra. Stwierdziliśmy, że konstrukcja została wykonana przez jakichś hanysów na potrzeby noclegowni, a obmurowanie służyć ma ochronie przed wiatrem.
Tak na marginesie serdecznie zapraszam na blog prowadzony przez Dawida: „ludzkietropy.pl” – można się tam dowiedzieć wielu ciekawostek ze świata odkrytego przez kolegę.

… i szliśmy…

IMG_0093IMG_0096- O, tam idziemy! – ktoś zauważył bystrze niczym bystra woda nabrana w butelkę. I ten ktoś też się nabrał w butelkę, gdyż szliśmy zupełnie nie tam, a tam!
– Więc, która to ta Barania, tamta?
– Nie, tamta! Zresztą, czerwony nas doprowadzi, więc idźmy i się dowiemy.
Dylemat powstał przez obiekty stojące na dwóch szczytach. Na jednym szczycie zdecydowanie był nadajnik oraz być może wieża widokowa. Na drugim szczycie być może wieża widokowa, a na pewno nie nadajnik. A że na Baraniej na pewno jest wieża widokowa, a być może i nadajnik byliśmy lekko zdezorientowani. By uzyskać ciut więcej rozpoznawalności tajemniczych obiektów, poprosiłem Jarka by podał mi z kieszeni mojego plecaka urządzenie, które pomogłoby z kurzej ślepoty uzyskać sokoli wzrok. Jedno-okularowa lunetka nie powalała zbliżeniem, ale przynajmniej pozwoliła na lepsze rozpoznanie obiektu znajdującego się na jednym ze szczytów. Z rozpoznania „coś tam chyba jest” uzyskaliśmy awans rozpoznania na „coś tam na pewno jest”.
To wszystko działo się na Magurce Radziechowskiej (1108 m n.p.m.). Ruszyliśmy dalej szlakiem czerwonym, a Dawid na wychodne dołożył kamień do stosu kamieni – taki pomnik piechurów.

… i szliśmy…

IMG_0097Cały czas szliśmy na słońcu, godzina była około południowa, więc skwar z nieba dawał popalić – dosłownie. W połowie drogi pomiędzy Magurką Radziechowską a Wiślańską (1140 m n.p.m.) doszliśmy do przemiłych skałek, które dając miły cień nie pozwoliły nam iść dalej, a skusiły do odpoczynku – jak na ekipę „bezodpoczynku” przystało. Przejechało kilku rowerzystów (jednemu zaraz spadł łańcuch), przeszedł pan, usiadł obok nas, przyszła pani do pana i razem poszli dalej. My twardo odpoczywamy, takie miłe to skałki były. Przy okazji zjedliśmy po kawałku pomarańczy. Przy tym upale i wysiłku niemałym smakowały mniej więcej tak dobrze jak szympansom banany – tak sądzę. W końcu podnieśliśmy tyłki i…

… i szliśmy…

IMG_0107 IMG_0108Zaczęło się podejście pod Baranią. Już byliśmy pewni, że szczyt „z być może wieżą widokową, a na pewno bez nadajnika” był Baranią. Ten drugi to Skrzyczne – zupełnie w przeciwnym kierunku, ale podumać wcześniej i tak było miło. Tacy z nas nawigatorzy.
Odstępy pomiędzy nami zrobiły się nieregularne. Jeden chciał już być na szczycie, drugi miał wrażenie, że schodzi na dół, trzeci jakby stał w miejscu… cóż – upał był, a plecaki nie lekkie.
Wtem! Słyszę z tyłu wykrzyczane w sposób przekonujący magiczne słowo. Ale nie jakieś tam przepraszam, dziękuję – co to to nie, tylko czysto i soczyście po polsku: – Uciekamy! – A do hasła akompaniament biegnących trepów.

UWAGA! Jako, że wpisy te mogą być śledzone przez osoby małoletnie, słowo „uciekamy” zastąpiło inne użyte słowo bardziej podkreślające fakt niebezpieczeństwa. Choć być może małoletnim osobom faktyczne słowa by zupełnie nie przeszkadzały, te zawsze mogą przeszkadzać dorosłym, a to już jest pewniejsze.

A więc padło hasło: – Uciekamy! – To wszystko odbywało się za lekkim zakrętem i jak dotąd nie byłem pewien co się dzieje. Atak jakiś? Sepsa z pociągu?
– Co się dzieje?! – Pytają ci z przodu, gdy ja byłem gdzieś po środku z K-lifem.
– Nie wiem! Ale spier… przepraszam, uciekamy! – odkrzykuję.
Z tyłu pada już z bliska potwierdzenie:
– Uciekamy, rój!
– O rzesz kurczę! (końcówka „czę” jest zamiennikiem użytej końcówki „wa”) – krzyczę do siebie – No leci rój, jak byk! – I jak człek sił nie miał, tak jakby skrzydeł dostał, niczym te pszczółki, które wyłoniły się zza zakrętu i lecą sobie, setkami ku nam. Upał zniknął, ból w nogach zniknął, plecak jakby pusty…

… i biegniemy…

Rany, w tym tempie to byśmy cały GSB już kończyli. Szczyt coraz bliżej, ale rój też. Nie ma co, skok w bok. Pierwsze co, to przykryłem sobą K-lifa, mnie może ochronić tylko plecak, znowu jakiś taki ciężki. Pan z panią, którzy wcześniej nas minęli, a których nagle zaczęliśmy doganiać również poczuli wenę do zdobywania szczytu i ciuteczkę jednak nas zdystansowali na nowo. Na szczęście rój poleciał w swoim kierunku czyli ze szlaku odbił w bok, nad dolinę. Okazało się, że pszczółki miały nas głęboko w odwłokach i najprawdopodobniej migrowały, a nie atakowały. Istniało podejrzenie, że gdzieś przy szlaku było gniazdo, ktoś gdzieś krzywo tupnął, zaklął pod nosem typu „cholerna pszczółka Maja”, jednak wtedy atak najprawdopodobniej by nastąpił. A tak się nie stało. I uff. Otrząsnęliśmy się z nagłych odwiedzin, wyłączyliśmy telewizory i już po staremu, z bolącymi nogami i bez skrzydeł kontynuowaliśmy zdobywanie Baraniej Góry.

… i szliśmy…

IMG_0109I doszliśmy. Była pewna frajda z faktu osiągnięcia szczytu, jednak frajdę tą przyćmiewał pewien smutny fakt. Od jakiegoś czasu, jeszcze przed „pszczelim wyścigiem” skończyła się woda. No nic, kolejnym punktem postojowym było schronisko ” Przysłop”. Niedaleko i z górki. Po kilku chwilach odpoczynku, tak mniej więcej po godzince ruszyliśmy ku schronisku.
Po drodze natknęliśmy się na mały strumyk, który zaspokoił pragnienie K-lifa, a co poniektórym z nas obmył twarze i karki z potu. Wody z tego strumyka nie piliśmy, zbyt blisko szlaku i za dużo oddechów ludzi się tu krzątających – woda nieczysta.
Po niespełna pół godzinie doszliśmy do jakże oczekiwanego przez nas schroniska. Wreszcie! Regeneracja sił, zaspokojenie pragnienia i planowany sen.
– Sen? Za dnia? – Ktoś zapyta.
– A tak, gdyż plan na następny etap naszej wędrówki obejmował marsz nocny. – Ktoś odpowie.

Za pozwoleniem władz schroniskowych zorganizowaliśmy sobie ognisko w miejscu ku temu przeznaczonemu, z zamiarem zrelaksowania się, zjedzenia posiłku i wcześniej wspomnianego przespania się. Dla relaksu zajęliśmy się też plotkowaniem, praktyką krzesania ognia przy pomocy krzesiwa i zwęglonej bawełny, przy okazji przemeblowań ławek ogniskowych spotkaliśmy świeżo najedzoną, młodą żmiję. Pooglądaliśmy ją sobie trochę z bliska, pogłaskaliśmy nawet – przynajmniej ja. Taka mała lekcja z zoologii.

IMG_0114 IMG_0115Niestety, jak to przy schroniskach bywa ludzi tam ciut-ciut i troszeczkę. I jak można się domyślić, mniej więcej wieczorem miały pojawić się obce osoby towarzyszące nam przy ognisku. Z bynajmniej zamiarem spania. I jak czar relaksu prysł, tak i sen nie miał prawa nawet się rozpocząć. Ale nie powiem, było miło. Poznaliśmy ciekawych ludzi, z którymi rozmowy napawały nas pozytywnym myśleniem dotyczącym tego co robiliśmy tam, a i robić będziemy w przyszłości.
K-lif dostał kiełbasę w prezencie, zjadł ją smacznie i na raty, pokimał też na raty, na raty również poszczekał na ratalnie wybranych towarzyszy ogniska i tak upłynęły nam godziny do późnego wieczora. Wybiła godzina 23:00 dnia drugiego i nadszedł czas marszu nocy pierwszej, a dnia już trzeciego. Pożegnaliśmy się serdecznie z poznanymi towarzyszami ogniska i wyruszyliśmy.

IMG_0112 IMG_0121IMG_0098 IMG_0100 IMG_0104  IMG_0106 IMG_0113 IMG_0117 IMG_0120 IMG_0122Noc i kolejny dzień nastąpi.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Beskid Śląski - czerwiec 2013 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>