Beskid Śląski – relacja – dzień III i IV

IMG_0153Dzień III
A więc deszczyk, który spowodował nasze nagłe przebudzenie i zalągł stracha przed przemoczeniem śpiworów (od zewnątrz, żeby nie było) okazał się mikroskopijnym skropleniem chmurki, której celem nie było nas przemoczyć, a co najwyżej wskazać cel dalszej naszej wędrówki. I rzeczywiście, najbliższa droga prowadziła zgodnie z kierunkiem wiatru. Nie dość, że z górki to jeszcze wiaterek w plecy wieje – zawsze to jakiś plus przy kolejnym niewyspaniu. Aż zaczynałem to lubić, choć w mieście by to nie przeszło.

IMG_0148Cała ekipa szybko się spakowała i ruszyliśmy dalej szlakiem czerwonym ku jego zejściu ze szlakiem niebieskim. Te miały iść równolegle zaledwie przez kilkaset metrów, by zaraz w Przełęczy Łęczecko rozdzielić się o tyle, że niebieski co prawda naddawał troszkę metrów do przejścia i okrążał dwa szczyty: Kiczory (989 m n.p.m.) oraz Kyrkawicę (973 m n.p.m.), ale był za to zdecydowanie łagodniejszy do wchodzenia niż szlak czerwony, który przez owe szczyty prowadził. Oba szlaki łączyły się na nowo ze sobą i dodatkowo z zielonym, żółtym i czarnym (rowerowym) już przy podejściu pod Wielki Stożek – cel naszego najbliższego postoju.
Ból w moim kolanie przez te trzy godziny snu zelżał znacznie, ale mimo to jeszcze dawał o sobie znać. Zaproponowałem wejście na Stożek właśnie niebieskim szlakiem, by niepotrzebnie nie forsować kolana. Reszta ekipy się nie sprzeciwiła i tymże szlakiem ruszyliśmy ku Stożkowi Wielkiemu.

IMG_0147Idąc wzdłuż drewnianego płotu z prawej, po minięciu domu z lewej i jednego czarnego kota doszliśmy do łąki, na której pasła się krowa. Krowa jaka jest każdy wie. Ale K-lif widać nie wiedział. Strasznie zainteresował się damą cycatą i dalej brać ją w tango. Być może stwierdził, że to jakaś wyrośnięta suczka Doga Arlekina – wszak genetyki się zdarzają. Tak czy inaczej strasznie przypodobał sobie ową panią, zapomniał o jukach na swoim grzbiecie i dalej hasać po łące. Psie zaloty K-lifa, bo przecież nie końskie, nie były zbytnio skomplikowane. Podbieżka K-lifa, szczek-szczek, odwet damy cycatej, odwrót K-lifa, nawrót, szczek-szczek, odwet… i tak kilka razy. Ubaw po pachy – krowy oczywiście.
Po zupełnie nie na miejscu mojej jakże subtelnej komendzie do K-lifa – Wystarczy, idziemy dalej! – ten z jęzorem przy ziemi, radością nieziemską podreptał gdzieś w przody naszej niewyspanej ale żwawo wędrującej kolumny. Krowa zaszyła się gdzieś w krzakach i wszyscy o sobie zapomnieli. Chyba, że..

IMG_0152 IMG_0151 IMG_0150Okazało się, że ten niebieski szlak nie był taki zupełnie łagodny jak się wydawało na początku. Aż strach było pomyśleć o czerwonym, choć i radość z jego ominięcia była ogromna. Ale przecież to góry! Jakże mogłoby być inaczej? Mnie wędrowanie zaczęło strasznie imponować, kolano nic o sobie znać nie dawało. W związku z tym, wykorzystując zdrowie jak u ryby w wodzie (bo ryba nie ma kolan) wysunąłem się troszkę do przodu. Droga trochę meandrowała. Jak tylko gdzieś niknęła za zakrętem, przyspieszałem by ujrzeć czy dalej będzie łatwiej czy gorzej. Najczęściej gorzej, gdyż byliśmy coraz wyżej.
Doszedłem do kilku ściętych drzew i ułożonych z nich pniaków. Przysiadłem na jednym i postanowiliśmy napić się z K-lifem wody. Przy okazji odpoczynku poczekaliśmy na troszkę odstawioną w tyle ekipę. Doszli do nas Krzysiek i Kasia, którzy stwierdzili, że powoli będą iść dalej. Dawid, Piotrek i Jarek zatrzymali się na odpoczynek.

IMG_0158Okazało się, że brak wyspania mimo wszystko dawał o sobie znać i odczuwało się już lekkie u chłopaków znużenie marszem. Postanowiliśmy iść już na spokojnie – co by do szczytu – a później skonsultować z Krzyśkiem i Kasią co dalej. Chłopaki mieli ogromną chęć i potrzebę rozbicia obozu i spędzenia trochę czasu wypoczynkowo. Nie byli zbytnio zahartowani chodzeniem po górach, więc jak najbardziej było to zrozumiałe. Do tego plecaki mieli wagowo bardziej przygotowane na obozowanie, aniżeli do marszu. Ja sam byłem trochę po środku, chodzić po górach mogłem (i chciałem) ale na obozowanie również miałem wielką chętkę. Z jednej strony ze względu na K-lifa, któremu konkretny fajrant był już potrzebny, z drugiej strony przeforsowanie kolana nie byłoby zbyt słusznym posunięciem. A i nie będę ukrywał, że kondycja przy tym wypadzie nie była u mnie najwyższych lotów.
Tak więc decyzja w sumie zapadła i postanowiliśmy, że po zdobyciu szczytu obgadamy z resztą co dalej – jednak z naciskiem na obóz. Podnieśliśmy swe tyłki i krok po kroku zbliżaliśmy się do Wielkiego Stożka. Zastanawiam się czy nie powinni wyolbrzymić tej nazwy.
IMG_0165IMG_0164Po drodze zdążyliśmy jeszcze raz przysiąść. Miejsce było na tyle miłe, że aż żal byłoby paru chwil tam nie spędzić – haha – dobry pretekst. I tak jak przystało na „leszczynowych twardzieli” poczęliśmy weryfikować mapę celem określenia dokładnej naszej pozycji względem szczytu. Dawid był chyba najbardziej zmęczony podejściem gdyż ulokował nas głęboko na dole, co wręcz nas przerażało. Inni bardziej optymistyczni wskazywali miejsca tuż pod szczytem. Fakt ten potwierdził jakiś człowiek, który rach-ciah minął nas na rowerze, zjeżdżając – o tam, z góry!
Padło szybkie nasze pytanie: – Daleko jeszcze?!
– Pięć minut! – odpowiedział Mountain Bike
– Chyba rowerem!? – skomentował Piotrek, wielce uraczony poczuciem humoru rowerzysty.
– Na piechotę!! – jeszcze zdążył odkrzyknąć chłop na rowerze.
Ja mu wierzyłem. Piotrek nie. Dawid ufał swojemu położeniu na mapie, a Jarek chyba nie miał siły myśleć.
Z pesymistycznymi minami i optymistycznymi złudzeniami ruszyliśmy dalej. K-lif już nawet juków nie chciał przywdziewać, tak mu się dobrze leżało.
– Jeszcze pięć minut… – poprosiłem psiaka, wszak rowerzyści nie kłamią.
I rzeczywiście, prawda w oczy kole rowerowym! Hura! Mamy kolorowy szlak, wszystkie razem, jesteśmy u szczytu!
Doczłapaliśmy się do schroniskowych ławek, na jednej z których już siedzieli wygodnie Kasia z Krzyśkiem. Zostawiliśmy toboły i ruszyliśmy napoić pragnienia i nakarmić głód.

Spędziliśmy tam chwil wiele. Wszyscy napojeni, nakarmieni. Jakaś pani pożyczyła od K-lifa miseczkę dla swojego pieska. Okazało się, że za niedługo miał się odbyć maraton biegowy. Tam na dole wariaci szykowali się do startu by wbiec sobie tu do nas, na górę!  Przyjechała jakaś ekipa z głośnikami jak na koncert „lejdigagi”, zaczęło się sapanie do mikrofonu, odliczanie aż do trzech (ciekawe kiedy zmienią kwestie prób mikrofonu) i inne rytmy z basem ponad wszystko. Ogólnie masakra! Nie dość, że turystów coraz więcej, chaos, harmider, to jeszcze jacyś maratończycy pokażą nam jak się „fruwa” po górach! Nic tylko spierniczamy. Drzwiami w las!

IMG_0161W między czasie zapadły najważniejsze dla nas decyzje.
Ja postanowiłem z K-lifem wracać razem z chłopakami kolejnego dnia do miasta – niestety. Nie było sensu włóczyć się samemu po górach, po tych kilku dniach spędzonych razem. Jakoś tak głupio by było. Co innego gdy człowiek idzie sam od początku i tak ma właśnie maszerować. A tutaj – skoro razem to razem. No, ale powrót jutro. Do tego czasu czekało nas jeszcze rozbicie na noc obozu, a na to nikt już z nas nie mógł się doczekać. Kasia z Krzyśkiem postanowili, że wracają jeszcze tego dnia.

IMG_0168 IMG_0167 IMG_0169 IMG_0171Ruszyliśmy czym prędzej z Wielkiego Stożka… na dół. I zaraz zwolniliśmy. Schodzenie ze Stożka Wielkiego (978 m n.p.m.) na Stożek Mały (840 m n.p.m.) było najwolniejszym, najżmudniejszym, najniebezpieczniejszym i… najfajniejszym, najciekawszym, ponownie najniebezpieczniejszym zejściem z jakiegokolwiek Stożka na jakikolwiek Stożek kiedykolwiek miałem okazję schodzić. A powiem, że okazji miałem naprawdę… niewiele. W sumie tę jedną jak dotąd.
Plecaki ciężkie, kolano u mnie z powrotem dawało o sobie znać, K-lif upięty, cała ekipa ogólnie niewyspana, kamienie się toczą, piach się przeciera, ziemia się rozstępuje, drzewa się przewracają… aż tak to nie, ale było ciekawie. Dla bezpieczeństwa mego i K-lifa, puściłem go luźno. Juki miał już puste praktycznie, więc mu ich nie zdejmowałem. Tak naprawdę to on szybciutko się znalazł na dole by tam czekać na wszystkich, a czasem zdążył wrócić pod górę by ponaglić i znowu znaleźć się na dole. Bo tak naprawdę to ja miałem tempo żółwie i obawy przed niepotrzebnym i nieprzewidywanym sturlaniem się.
W końcu się udało. Doszliśmy do Stożka Małego i tam odbiliśmy szlakiem żółtym w prawo.

Upał doskwierał chyba każdemu. Z wyjątkiem jednej pani, postury dość skromnej i wiekiem nieważnym, która wyprzedziła nas z szybkością TGV z zepsutymi hamulcami i rozkosznie pijanym maszynistą. Ktoś zadał pytanie:
– Tędy dojdziemy do Wisły?
– Nie, nie tędy. Yyy… to znaczy tak, dojdziecie. – Odrzekła pani.
– Pani mówi, że tędy prowadzi droga do Drezna – zażartował Krzysiek.
I pani na to: – O jaki inteligentny! Bardzo inteligentny młody człowiek! Pozazdrościć inteligencji!
Można by pomyśleć, że pani załapała żart. Można by, gdyż jej mina wskazywała na nic innego jak na skierowanie pędzącego TGV bez hamulców z pijanym maszynistą, jak prosto prowadzą tory tak prosto na Krzyśka. Cóż – upał.

IMG_0174Doszliśmy do drogi u podnóża Stożków obu. Widok fajny, naprawdę. Góra niby niska, a wrażenie robiła tak czy inaczej. Zrobiliśmy krótki odpoczynek na kilka łyków wody. Ja rzuciłem paroma kamykami w gałąź z trafieniami 2 na 10 rzutów. Całkiem nieźle jak na rzuty od niechcenia ze zmęczenia. Padło hasło „idziemy dalej”.
Wszyscy poszli, tylko ja z Jarkiem i K-lifem jakoś tak jeszcze chcieliśmy posiedzieć w cieniu. I posiedzieliśmy by zaraz nadgonić stratę do peletonu. Ten wcale daleko nie zaszedł. Wśród pięknych widoków na łąki, wzniesienia, domki i szlaki z cierpliwością martwego komara czekali na nas bez słowa.

IMG_0176Za kroków niewiele nadszedł moment na rozstanie z Krzyśkiem i Kasią. Krótkie podziękowania za naprawdę fajny, wspólnie spędzony czas i dwoje ludzi z imionami na „K” ruszyli szlakiem żółtym ku Wiśle jako miastu, a nas – czterech chłopa i pies ruszyliśmy ścieżką nieoznakowaną w las.

Miejsca na spoczynek nie szukaliśmy zbyt długo. Naprawdę chcieliśmy już zakończyć marsz, rozbić obóz i odpocząć z dala od ludu, w ciszy i spokoju.
Godzina była dość wczesna, koło 16:00 może – nie pamiętam. Ale pobudka czekała nas jeszcze wcześniejsza, gdyż o godzinie 2:00 – jeszcze przed wschodem słońca. Pociąg z Wisły do Katowic był o godzinie 5:05 czasu polskiego, dnia następnego. Taki był plan, jechać wcześnie by w miarę logicznym czasie dotrzeć do miejskiego i domowego przytuliska.
Udało nam się znaleźć bardzo fajne miejsce, choć za wzór do rozbijania obozu służyć nie powinno. Jako, że pogody byliśmy pewni, a postój nie miał trwać czasu wojny trzynastoletniej postanowiliśmy, że rozbijamy się pod jedną płachtą rozciągniętą na płasko, pomiędzy bukami (dzięki Dawid za korektę) wyrastającymi ze zbocza, które usłane liśćmi prowadziło dobre kilkadziesiąt metrów niżej ku strumykowi. Tylko, że zbocze to miało kilka ustępów poziomych i na jednym z takich poziomów właśnie się rozbiliśmy.
Miejsce było suche, płaskie, wolne od kleszczy i innego cholerstwa natury entomologicznej. Było ciche i z pięknym widokiem na pierwsze domostwa Wisły – celu naszej jutrzejszej ostatniej drogi do przejścia ku cywilizacji.

IMG_0177 IMG_0179Mimo zmęczenia, pierwszą ważną czynnością było przyrządzenie posiłku. Ja na swojej nieśmiertelnej kuchence przyrządziłem makaron zalany barszczem z „gorącego kubka”. Co prawda zagęszczenie tego posiłku wskazywało bardziej na pewien rodzaj spaghetti, a nie zupy. Tak czy inaczej było to treściwe i pożywne. Podzieliłem się z Jarkiem, któremu podobno żarło smakowało. Dobrze. Dawid i Piotrek przyrządzili sobie własne porcje. Dawid skonstruował ku temu mini ognisko, które jak się miało okazać służyło nam jeszcze do późnej pory dnia celem przyrządzenia sobie jeszcze kolejnego posiłku przed snem. A ten był krótki jak i ostatni – mocne i twarde 3 godziny.
Jako, że przy przyrządzaniu posiłku zapas naszej wody spadł do poziomu zupełnego dna, ja wraz z Piotrkiem powędrowaliśmy ku dołowi celem uzupełnienia „hadwao” ze strumyka szumiącego niżej. Różnica poziomów jak wspomniałem była spora, kąt nachylanie zbocza również. Do pierwszego ustępu jakieś 30 stopni, następny odcinek zbocza to jakieś 45 stopni. Ostatni, ten prowadzący do strumyka dobre 50 stopni. Tam nie pozostało już nic innego jak zrobić ześlizg na nogach bokiem (viva Bear Grylls!) i zatrzymać się przy strumyku. K-lif oczywiście powędrował z nami. I przyznam, że jest lepszy jak kozica. Urodzony „zboczołaz” – co by nie rzec zboczony górołaz. Woda w strumyku idealnie czysta, źródlana, nawet raki w niej urzędują. Napełniliśmy pojemniki i… pod górę! Początki trudne. W końcu znaleźliśmy dobrze ukorzeniony odcinek i wdrapaliśmy się na górę. Dalej już wchodziliśmy zygzakiem, niekiedy drogą wycinkową. Natknęliśmy się nawet na ścięte drzewo, które nie mogło być powalone wcześniej jak wczoraj. Przeszła nam myśl przez głowę, że ktoś nas tam może niepotrzebnie dostrzec. Jednak obóz był dobrze umiejscowiony i ani z góry, a ni z dołu ni widu, ni słychu. Jakoś udało nam się dotrzeć. Kolano oczywiście poruszyłem zarówno zjazdem jak i wdrapywaniem się, ale co tam – raz się żyje.

Woda na ranek była, więc już w spokoju posiedzieliśmy jeszcze przy ogniu aż w końcu poszliśmy na zasłużony spoczynek w postaci snu.

IMG_0189 IMG_0180Dzień IV
Jak szybko zasnąłem nie wiem, ale jak szybko się obudziłem to wiem. Szybciej niż zasnąłem. Ciemno, głucho, sennie – jak tu ubłagać towarzyszy: – śpijmy, nie idźmy jeszcze – ano nijak. Trzeba pakować manatki i w drogę.
Ruszyliśmy. Znowu marsz nocą, jako że już wprawieni nawet jakoś to szło. I w końcu doszło. Szlakiem żółtym ku zabudowaniom. Dalej już asfaltem przy jaśniejącym niebie doszliśmy do dzikiej plaży w postaci peronu ogołoconego ze wszystkiego co z peronem kojarzyć się może i przysiedliśmy czekając jeszcze godzinę na pociąg mający dowieźć nas do Katowic.
W ciągu tej godziny na puszeczce mej zaparzyłem wody na kawę i herbatę. Te wypiliśmy jakieś 10 minut przed pociągiem. Pojawili się pierwsi na peronie ludzie. Nawet ktoś powiedział „dzień dobry”. Piękny dzień się zaczyna, a my w pociąg i do miasta. Cóż zrobić?

Skład pociągu przyjechał czeski. Skład obsługi polsko-czeski płci pięknej. Miła podróż, rozłożenie się w przedziale. K-lif dopilnował by nikt nam się nie dosiadł. Na miejscu, w Katowicach czekał na nas Krzysiek. Ku radości ogólnej przyjechał po nas samochodem. I pojechaliśmy do miejsca spoczynku samochodu Dawida, by tam po chwilach i piwkach kilku (poza Dawidem) wsiąść do niego i ruszyć tempem nieustająco stałym ku płaskim terenom Polski. O godzinie 15:00 byłem już w Warszawie. Smutny i wesoły zarazem.
Smutny z niebycia już w górach, wesoły z możliwości pójścia spać. K-lif też się cieszył w czasie snu. Gdy się obudził koniecznie chciał iść na spacer. I poszliśmy…

IMG_0188 IMG_0184 IMG_0173 IMG_0149 IMG_0146 IMG_0190 IMG_0192Dzień kolejny nastąpi… ale kiedy indziej i gdzie indziej.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Beskid Śląski - czerwiec 2013 r.

2 Responses to Beskid Śląski – relacja – dzień III i IV

  1. Adrian, wszyscy byli zmęczeni, ale tarp wiązaliśmy do buków, nie jodeł Smilie: ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>