Beskid Śląski – relacja – noc I

IMG_0124 NOC I – jedyna marszowa
Po zapadnięciu zmroku, kiedy to K-lif na wychodne zamienił jeszcze kilka szczeków z miejscową malamutką, wszyscy razem i gęsiego ruszyliśmy spod schroniska w dalszą drogę. I gdy za dnia K-lif głównie maszerował luzem, tak teraz – nocą szedł przede mną upięty na smycz. Na wypadek gdyby wpadł na fenomenalny pomysł uwierzenia w ducha i pogonienia za nim. Była też szansa, choć nie podejrzewałem go o chuligańskie zapędy, iż zgada się z jakimś pijanym zającem bez jednego ucha i razem pójdą wyśmiewać jakiegoś miśka z trzema łapami. Dla pewności wolałem nie uczestniczyć w tego typu zabawach, więc – klik! – smycz do obroży i przez biodra me, K-lif maszeruje z nami choć wolałby nie.

Pogoda wciąż nam dopisywała. Noc była ciepła i oczywiście ciemna – przynajmniej w porównaniu z dniem. Gdy wziąć pod uwagę fakt, że księżyc był przybywający, a od pełni dzielił go zaledwie tydzień, przy bezchmurnym niebie widoczność była o niebo lepsza (nawet o nocne niebo) aniżeli widoczność wspomagana światłem latarek. Dlaczego? Spróbujcie w nocy oświetlić sobie drogę latarką. Wzrok dostosuje się do miejsc oświetlonych gdyż na tych miejscach skupiacie właśnie wzrok, a miejsca nieoświetlone utoną w doszczętnym mroku. Jeśli jednak pozwolicie wzrokowi przyzwyczaić się do światła zastanego, ten szybko dostosuje się i pozwoli Wam widzieć otoczenie, nawet w odległości do kilku metrów. Oczywiście tylko wtedy jeśli noc i światło odbite z księżyca pozwalają na takie warunki oraz gdy nie posiadamy zbędnej wady wzroku.
Mimo to bez latarek się nie obyło. Bo jak to w górach, do tego zalesionych – wzniesienia i gęste zadrzewienie w pełni przysłaniały światło bijące z księżyca. Ale przynajmniej było z tego jakieś urozmaicenie. Raz ciemniej – raz jaśniej; niekiedy mniej widać – innym razem więcej. To urozmaicenie nadrabiało nam widoków, które były dość monotonne i mało szczegółowe. Wszak światło z księżyca czy światła latarek – to wszystko nie zmienia faktu, że marsz szlakiem czerwonym był szlakiem czarnym jak smoła.

IMG_0123Nie zbaczając z wyznaczonej drogi, szliśmy dalej bacząc wokół na śpiące twardym snem twarde kamienie, co by niechcący któregoś nie przebudzić. Taki przebudzony kamień potrafi nieźle namieszać. W połączeniu ze śródstopiem lub piętą idącego, powoduje niemałe zachwianie równowagi, a w następstwie dotkliwy upadek tylnej części ciała na inne twarde kamienie – najczęściej o ostrych i dotkliwie zadających ból wykończeniach. A taki ból w siedzisku własnym nie byłby mile widziany, tym bardziej, że ów siedzisko dość często było potrzebne w realizowaniu odpoczynków. Albo nie daj Bóg zwichnąć lub złamać nogę – co wtedy? Ano nic, reszta robi nosze i cię niesie. Ech, marne to pocieszenie, szczególnie dla niosących.
I mimo nad wyraz uważnego stąpania pomiędzy wspomnianymi kamieniami nastąpił bunt mały. A sądziłem, że to ja mentalnie się zbuntuję, może K-lif, może ktoś z ekipy, a może i paski w plecaku rozerwą się z nudów. Ale nie, zbuntować musiało się kolano – lewe kolano. Nawet bardzo lewe kolano.
Bunt polegał na tym, że od swojej strony bocznej-zewnętrznej kolano me niewdzięczne, niewdzięcznie wyrażało swoje ubolewanie nad wdzięcznym marszem przy pomocy niewdzięcznego bólu, który nie pozwalał mi na wdzięczną pracę tymże kolanem w sposób klasyczny i wdzięczny oczywiście. Krótko mówiąc zgięcie nogi w kolanie było mocno ograniczone. Ale nie ma tego złego… dzięki temu zacząłem do siebie częściej gadać. Ciekawe wersy to to nie były, również niezbyt skomplikowane. Sam siebie rozumiałem bardzo dobrze, tylko biedny K-lif często myślał, że zwracam się do niego. W końcu i on przyzwyczaił się do mojej samolubnej konwersacji na temat konserwacji kolana i nawet potrafił się zatrzymać nim wypowiedziałem kolejne zdanie proste – złożone. Nim zdanie skończyłem, K-lif ruszał dalej, a ja zaczynałem zdanie od początku. Tym razem K-lif się zatrzymywał nim je kończyłem. Potem ja ruszałem, K-lif również… i tak co jakiś czas. Lewa noga sztywna, smycz naprężona, ekipa z przodu, ekipa z boku, z tyłu – ogólnie praca wre.

IMG_0126Idąc niespiesznie doszliśmy do bardzo fajnego odcinka drogi. Aż dziw bierze, że tak go polubiłem. Odcinek był asfaltowy i był bardzo łagodnym zejściem. Miód przez but dla kolana. Co najlepsze, odcinek ten przestał być szlakiem czerwonym, a zaczął być prawdziwym szlakiem czarnym. Bardzo miło z naszej strony, że przemierzyliśmy go w ciemnościach.
Tak na marginesie – kiedyś już miałem przyjemność iść tym szlakiem w pełnych ciemnościach. Tak więc czułem się jak u siebie na szlaku.
Po krótkiej chwili, niedługo po napotkaniu przeze mnie i śledzącej mnie krok w krok dziwnej postaci z zaświatów, na asfalcie tym napotkaliśmy przeszkodę w postaci dezorientacji. Postać z zaświatów zniknęła, okazała się zwykłym w swej niezwykłości Piotrkiem. Dezorientacja natomiast już zniknąć nie chciała. Wręcz się potęgowała. Otóż jeden z naszych nawigatorów pokierował wszystkich tam, by zaraz stamtąd wrócić tam, zatrzymać się, pomyśleć, z pomocą latarek przeanalizować mapę i po małym głosowaniu skierować swe kroki zupełnie gdzie indziej.
Miły asfalt się skończył i zaczęło się jeszcze milsze wchodzenie pod górę. Wchodzenie jak wchodzenie, bo wraz z niewspółpracującym kolanem lewym było to bardziej lawirowanie pomiędzy twardymi kamieniami. Dodatkowo mruczenie pod nosem słów krótkich i treściwych, zupełnie jak odtwarzacz „empetrzy”. W końcu, przy brzmieniu mej własnej muzyki recytatorskiej dotarłem wraz ze wszystkimi na górę, której grzbiet pokryty był ścieżką oznaczoną na nowo jako szlak czerwony.
Na krótką chwilę rzuciłem hasło – Stop! Chciałem udokumentować nocny marsz, nocnych marków, z księżycem w tle. Przy pewnej współpracy wykonaliśmy sobie wspólne zdjęcie, by nigdy nie zapomnieć tej trudnej do zapamiętania drogi po ciemku. Zdjęcie nie wyszło może idealnie, ale nam – uczestnikom przywodzi w pamięci ten naprawdę fajny klimat nocnego przemierzenia kawałka szlaku. Przyjmijmy, że na zdjęciu niewyrazistość każdego z osobna jest wprost proporcjonalna do jego zmęczenia.

IMG_0127Po wykonaniu fotografii ruszyliśmy dalej. Droga teraz była dużo widniejsza, jakby długie naświetlanie zdjęcia było tego powodem. O! To byłoby dobre, rozjaśniać sobie świat naświetlaniem. Tak naprawdę lepszą widoczność wspomagał fakt, o którym pisałem wcześniej, a lepsze widoki drugi fakt, że szliśmy grzbietem. Doszliśmy do pewnego rozwidlenia dróg. Nasza droga prowadziła jak szlak czerwony przykazał, w tym momencie w prawo. Przy skrzyżowaniu tym natknęliśmy się na przydrożną kapliczkę, która nie była dla nas zaskoczeniem gdyż mapy mieliśmy zacne. Ja z brunetką na okładce, a Dawid z blondynką. Były też mapy bez niewiast zwanych „playmap” – również dobre i dokładne.

Pod kapliczką postanowiliśmy odpocząć. K-lif dostał trochę jadła dla uzyskania jakże potrzebnych kalorii, a my wszyscy ugasiliśmy pragnienia wodą. Za niedługo mieliśmy mijać pewne prywatne schronisko, którego nazwy nie przytoczę i schronisko te po opuszczeniu pod kapliczkowego fajrantu jak najbardziej minęliśmy. Wszyscy oglądali film rodzimej produkcji pt. „Dom Zły”? W tym miejscu swobodnie można by nagrać sequel tego dziwnego filmu. Brakowało tylko wariata z siekierą w jednej i wódką w drugiej łapie. I tak jakby kroku przyspieszyliśmy…

IMG_0130Ponownie zaczęliśmy udeptywać asfalt. Jednak z tym asfaltem doszliśmy do miejsca jak nic w pełni cywilizowanego, gdyż będącego po prostu miejską ulicą wśród zabudowań, a ta z kolei doprowadziła nas do ronda. Obok ronda znajdowała się karczma. Obok karczmy przechodziła prześlicznie ubrana para. Z karczmy wydobywała się muzyka, śpiewy i gwar ludzkich rozmów. Skojarzyło mi się to z karczmami jak z powieści średniowiecznych (gdyby nie ten asfalt) – człowiek wędruje przez lasy, pola i góry, by nocą zajść do karczmy na napitek i spoczynek przed dalszą podróżą. W między czasie napotyka drabów barowych by wymienić z nimi krótkie zdania, a w następstwie wyjść przed drzwi celem stoczenia pojedynku. Ach ta ułańska fantazja. Niestety, wiek mamy XXI, a w karczmie odbywało się nic innego jak najzwyklejsze polskie wesele.
– Wszystkiego najlepszego dla młodej pary! Dziękujemy za zabawę, jadło i napitek lecz iść nam pora w drogę dalszą! – Takie zdanie by zapewne padło gdyby tak się stało. Ale się nie stało. Karczmę po prostu minęliśmy bez słów zbędnych i zaraz za nią wdepnęliśmy w niezłe… błoto. Miniona karczma zwała się „Kuba”, znajdowała się przy rondzie w Kubalonce, a błoto w które wdepnęliśmy znajdowało się wybiórczo i co jakiś czas w przełęczy zwanej również Kubalonką.

IMG_0131Przyznam szczerze, że morale zaczęło nam powoli opadać. Kolano dawało mi się we znaki, K-lif również każdą minutę postoju wykorzystywał do przyśnięcia, a i reszta ekipy też powoli zaczynała nastawiać się na postój. Planowaliśmy dojść tej nocy do szczytu o nazwie Kiczory (989 m n.p.m.), wiedzieliśmy już, że nie ma takiej szansy. Mimo, że odległość dzieląca nas od tego szczytu była niewielka, zmęczenie i jakże znane nam już niewyspanie potęgowało nierealność tego – odważę się rzec – wyczynu.
Postanowiliśmy, że wejdziemy jedynie na najbliższy szczyt przed nami, którym był Beskid (824 m n.p.m.). Zależało nam móc zobaczyć wschód słońca z góry, a nie domyślać się jego urody z dołu, z przełęczy.

IMG_0133Szczyt Beskid udało nam się osiągnąć. Do wschodu dzieliła nas może godzina. Jednak nadciągające, właśnie ze wschodu chmury skutecznie rozmyły nasz zapał do czekania na pierwsze promienie słońca. Ulokowaliśmy się koło fajnego, dużego i płaskiego głazu, na którym momentalnie rozłożyli śpiwory Kasia i Krzysiek. Ja rozłożyłem swój z karimatą zaraz za głazem. Przed głazem i praktycznie na szlaku legł Jarek w swoim posłaniu, a Dawid i Piotrek wyściełali sobie posłania po drugiej stronie ścieżki w trawie. Parę słów na dobranoc lub jak kto woli na dzień dobry, herbatka na noc lub jak kto woli na dzień dobry i momentalnie każdy zasnął. Długi sen to to nie był, mniej więcej trzygodzinny. Drobny deszczyk, a raczej mżawka wzbudziła we mnie chęć przebudzenia ekipy, celem ruszenia dalej i uchronienia śpiworów przed przemoczeniem. Poza moim przebudzeniem tylko Jarek już nie spał, a jedynie twardo stał obok na nogach i ze świętą cierpliwością czekał na przebudzenie się reszty towarzyszy podróży.
Była to niedziela, plan marszu obejmował czas do poniedziałku, w który to dniu chłopaki mieli już wracać do domu. Krzysiek i Kasia nie byli jeszcze pewni czy wrócą jutro, czy już dziś. Ja osobiście miałem plan z K-lifem wędrowania jeszcze po górach aż do piątku. Wahałem się pomiędzy taką właśnie decyzją, a wspólnym powrotem z chłopakami dnia jutrzejszego. Decyzja ostateczna miała zapaść za chwil i kilometrów kilka na szczycie zwanym Wielki Stożek (978 m n.p.m.).

IMG_0135IMG_0137IMG_0139 IMG_0140 IMG_0141 IMG_0142Dzień kolejny nastąpi…

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Beskid Śląski - czerwiec 2013 r.

6 Responses to Beskid Śląski – relacja – noc I

  1. Kurczę połaziłbym jeszcze sobie nocą. Ale z mniejszym bagażem Smilie: :)

      vagabundog says:

      Smilie: :) – zawsze możemy zorganizować coś w naszych okolicach

      • Proponuję wycieczkę nocą na mokradła w KPN lub MPK. Na pewno byłoby co powspominać Smilie: ;)

          vagabundog says:

          uuu – mokradła powiadasz Smilie: :)
          Czyli jakieś kalosze potrzebne, kitel i karma dla aligatorów? Smilie: :)

          • W ostatni weekend zrobiłem rekonesans ze spaniem na bagnach. Buty przemoczyłem razem ze spodniami, aż za kolana Smilie: ;) Aligatory są tylko latające – komary prawie mnie rozszarpały, ale za to jagód najadłem się za wszystkie czasy. Szlak przetarty Smilie: ;)

            vagabundog says:

            Nad komarami można zapanować w miarę możliwości. Jednak te przemoczenia butów trochę mnie niepokoją. Smilie: :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>