Beskid Śląski – relacja – dzień I

IMG_0077SŁOWEM WSTĘPU
I słowo ciałem się stało.
Owszem, stało się. Nie w tym przypadku jednak, ale i bynajmniej niestety. Jak nie każdy zapewne raczy zauważyć, tytułowy Beskid Śląski i Żywiecki ocenzurowany został do jedynie Beskidu Śląskiego.
– A czemuż to? – zapytacie śmiało.
Nieśmiało odpowiadam i z pewną już tradycją – GDYŻ PLANY ULEGŁY ZMIANOM!
– A czemuż to? – zapytacie jeszcze śmielej.
– Gdyż nieplanowane wydarzenia są równie wyśmienite ja te z góry zaplanowane. – odpowiadam jeszcze nieśmielej.

Beskid Śląski jest pasmem należącym do Beskidów Zachodnich, które z kolei są tzw. mezoregionem Karpat Zachodnich. Najwyższym szczytem Beskidu Śląskiego jest Skrzyczne (1257 m n.p.m.), kolejnym Barania Góra (1220 m n.p.m.). Jest również Czantoria Wielka (997 m n.p.m.). Skrzycznego nie zdobywaliśmy, natomiast doczłapaliśmy się na Baranią Górę (pewien odcinek wręcz biegiem). Plan w nieudanym planie obejmował wejście również na Czantorię. Tu jednak, po raz enty, plany w planach uległy zmianom.
Acha, bym zapomniał – wypad w Beskid Śląski był swoistym zlotem użytkowników forum „bezodpoczynku.pl„. Jakoś tak wyszło, że lubimy się spotykać w terenie. I bardzo dobrze.
Ale od początku.


IMG_0080DZIEŃ I

„Czwarta nad Ranem” – tytuł piosenki z repertuaru starego dobrego zespołu czyli Starego Dobrego Małżeństwa nader trafnie określa początek pierwszego dnia wyjazdu w Beskid Śląski. Pakowanie dnia poprzedniego zakończyłem około godziny dwudziestej trzeciej. Nie żeby dużo tego było, po prostu i jak zwykle wszystko zostawione zostało na ostatnią chwilę. Do tego codzienność miejska (czyt. ktoś coś chce, a ty również) przypomina o sobie dnia ostatniego, kiedy należałoby odpoczywać i cierpliwie regenerować siły do podróży. Nic z tego! Jeśli się wyjeżdża, choćby o świcie, trzeba liczyć się z tym, że na sen nie ma czasu. Zresztą sen przy tym wypadzie był pewnego rodzaju zjawiskiem tabu.
Tak więc krótko przed północą dnia miejskiego-ostatniego, po spakowaniu skromnego i potrzebnego dobytku człowiek legł na łożu, by za chwil niewiele podnieść z niego swe nędzne i wątłe ciało. I to w podskokach, gdyż budzik serca nie ma a jedynie potrafi sumiennie i z rygorem kaprala przypomnieć o tym, że żyć jeszcze trzeba.
K-lif do najszczęśliwszych psów nie należał, choć swego czasu właśnie o takiej godzinie wstawaliśmy codziennie. Humor mu się jednak szybko poprawił jak tylko ujrzał, iż zachowania me sugerują jedno – długi spacer. Zachowania owe to dopinanie plecaka na ostatnią klamrę, przypinanie mu do plecków jego juków oraz mruczenie pod nosem niezrozumiałych słów typu: coś tam, coś tam – nie wyspałem się.

Podróż z Warszawy (pisałem już, że z K-lifem mieszkamy w Warszawie?) odbyła się w następujący sposób. O godzinie 4:30 podjechał po nas samochodem Dawid (również uzupełniający populację stolicy). Spodziewałem się, że da znać przez telefon z wyprzedzeniem, iż wyjeżdża z domu. Uprzedził – że już jest na miejscu i czeka.
Do dojścia miałem jakieś 10 minut, więc szybciutko – drzwi na klucz od zewnątrz, tup, tup… w słup (z niewyspania) i doszliśmy do Dawida. Gdyby nie krzyknął i nie zamachał do nas ręką to zapewne byśmy go minęli (z niewyspania). Na pocieszenie dowiedzieliśmy się, że on również dnia dzisiejszego do grona najskoczniejszych nie należy z powodu niewyspania.
K-lif otrzymał do dyspozycji elegancki bagażnik, ja miejsce pasażera z przodu. Zazdrościłem K-lifowi możliwości ułożenia się w pozycji horyzontalnej w kształcie psiego kłębka, ale on być może zazdrościł mi widoków do przodu, a nie wstecz. Ruszyliśmy ku południu, a zegarki zmierzały coraz szybciej ku godzinie południowej. Planowaliśmy dojechać do Katowic, do punktu zbiorczego tak do godziny 10:00.
Po drodze miałem co robić (poza plotkowaniem z Dawidem), mianowicie otrzymałem od kolegi-kierowcy pudełko z „cukierkami”. „Cukierki” to nic innego jak różnego rodzaju noże, toporek, zapalniczka sztormówka, lornetka, wszelakie kluczyki, haczyki, wkrętki i nakrętki – ogólnie Guantanamo gwarantowane. Zakręty mijaliśmy. Po niespełna niecałej godzinie dojechaliśmy do punktu zwanego Mszczonów, skąd zabraliśmy kolejnego towarzysza podróży – Piotrka. W zasadzie dwóch, bo i jego plecak. Ku naszej uciesze Piotrek okazał się człowiekiem na wskroś niewyspanym.
Ulokował się z tyłu, ale przed K-lifem. I tak w te trzy zdechłe dusze i pies ruszyliśmy ku kolejnemu przystankowi naszej podróży jakim był Tomaszów Mazowiecki. Ciekawe, że Tomaszów Mazowiecki należy do województwa łódzkiego, a nie mazowieckiego. Powinni wrócić do nazwy sprzed 1926 r. czyli po prostu do Tomaszowa – tak myślę.
W mieścinie tej zgarnęliśmy człowieka o imieniu Jarek, człowieka – uwaga! –  wielce zmęczonego i niewyspanego. To ci ciekawostka. Jarek i jego plecak ulokowali się również z tyłu, ale przed K-lifem i obok Piotrka.
I tak, przez Piotrków Trybunalski, mijając panią w czerwieni kierowaliśmy i zbliżaliśmy się siłą rozpędu do Katowic. Nasza energia nie robiła z nas grona superbohaterów rodem z komiksów Marvell’a, jednakże emocje i radość z wyjazdu podnosiła adrenalinę. A w połączeniu z naszym wyglądem i wyposażeniem jakąś tam wojenkę moglibyśmy wygrać – przynajmniej psychologicznie.

Tymczasem K-lif z tyłu smacznie pochrapywał.

Dojechaliśmy do Katowic. Udało się je zdobyć nawet w planowanym czasie. Tam czekał na nas kolega Krzysiek. Ku naszemu zdziwieniu Krzysiek oznajmił – jestem niewyspany. Stwierdziliśmy, że ściemnia. Stosuje takie tam marne pocieszenie. A że plan marszu miał zacny, musiał być wypoczęty. Tym bardziej, że po drodze, przez telefon dowiedział się gdzie jesteśmy i oznajmił o swej drobnej kontynuacji snu – dowcipniś.

Po pozostawieniu samochodu na bezpiecznym podwórku, z przywdzianymi plecakami i jukami co niektórzy, ruszyliśmy już razem na piechotę w kierunku dworca głównego w Katowicach. Był to około półgodzinny spacer. Na miejscu spotkaliśmy się z ostatnim członkiem naszej wyprawy – w tym przypadku z gatunku płci pięknej – o imieniu Kasia. Wyglądała na wyspaną. Choć w tym momencie to już każdy dla nas był wyspany.
Zakupiliśmy bilety na kolej regionalną. Pociąg miał być niebawem, więc po szybkim nakarmieniu K-lifa skierowaliśmy swe kroki na peron. Wszyscy razem, że hej zadowoleni dumaliśmy jak to sobie wygodnie legniemy w pociągu i przez dwie godziny jazdy ku Węgierskiej Górce troszkę zregenerujemy siły. Jakie było nasze zdziwienie gdy ujrzeliśmy na własne oczy ten wielce nowoczesny, jakże niewygodny, jakże krótki skład tworu zwanego pociągiem. Jeszcze większe zdziwienie ogarnęło nas w środku. Chyba cała Polska tam siedziała, no może poza politykami (ci mają samoloty). Zaduch, tłok… w piątek, w południe! Krótko mówiąc ostatnia mechaniczna podróż zapowiadała się niestety na długą.
Pominę serdeczne rozmowy z ludźmi w pociągu. Rozmowy te nie były konkretne, nic nie wnosiły, a najczęstsze odgłosy wydobywające się z gęb ludzkich i jednego pyska psiego to westchnięcia, sapania i jęki oznajmujące wszem i wobec – Mamy dość tej zacnej podróży naszą wspaniałą kolejką, już prawie górską!

Jak pominąłem nic nie znaczące rozmowy, tak na uwagę zasługuje fakt dosiadki dwóch jegomościów, o licach symbolizujących niewyspanie większe od naszego. Ich podkrążone oczy, nie tyle z niewyspania co z osiągnięcia w przeszłości celu najczęściej zwanego pięścią, być może dalekowzrocznie zaczęły świdrować przez zapchaną człowiekiem przestrzeń w poszukiwaniu jakiegoś kawałka raju, enklawy dla siebie samych.
Wchodząc, taktycznie oznajmili:
– Mamy sepsę! Uwaga, mamy sepsę! – krzyczą wręcz.
Być może ktoś się przestraszył, być może ktoś wysiadł naprędce. Być może zorganizowali sobie trochę miejsca, aż tu nagle – czar prysł. Przecisnęli się do miejsca z daleka wskazującego na luźne, a tu… K-lif patrzy spode łba. Myśli zapewne – Czego mnie budzicie i co mnie obchodzi wasza sepsa? – poza K-lifem kilka i ciut ciut plecaków… i my, zmordowani, udręczeni, wygnani z miasta na własne życzenie.
Cóż, mała konsternacja to i mała rozmowa.
– O, państwo z biwaku jadą? – pyta jegomość szlachetnej postury, o szlachetnym makijażu natury ludzkiej.
– Nie, dopiero na biwak. – odpowiada Piotrek znużeniem cierpliwym.
– O, pies. A taki pies… – tu zamilkł jak dobrze pamiętam, by zaraz dodać z zaskoczenia – … jeszcze nigdy pies nie wygrał z człowiekiem.
Ale w co nie wygrał, w Scrabble? Zapewne nie. – tak sobie myślę
– Zależy, które psy masz na myśli. – odpowiadam jak Piotrek znużeniem cierpliwym.
– Haha! – odpowiedział śmiech drugiego jegomościa, którego klamra od pasa oślepiała mój i tak już zmęczony wzrok. Klamra tak wielka i złota, że chyba wiem skąd te podmalowane oczy. Klamra została zdobyta od niejakiego Strażnika Teksasu.
Jegomoście szlachetnie westchnęli, stwierdzili, że nie ma o czym tu dalej gadać i oddalili się w nieznanym kierunku zostawiając po sobie jedynie sepsę. My wciąż na swoich wybornych miejscach również westchnęliśmy i tak sunęliśmy (nie mylić z usnęliśmy) naszym pociągiem dalej.

Minęło chwil wiele. W naszym przeliczniku chwila to również kilometr, tak więc i kilometrów minęło wiele. Dojechaliśmy prawie do Węgier, tylko takich przymiotnikowych czyli do Węgierskiej Górki. Wyskoczyliśmy z tego wyśmienitego transportu, stanęliśmy na nogach i odetchnęliśmy z ulgą. K-lif zjadł kolejną porcję swego jadła.

IMG_0061IMG_0063- Możemy iść! – ktoś krzyknął w myślach.
Telepatycznie wszyscy usłyszeli i jak jeden mąż (choć nie każdy żonaty, szczególnie Kasia) ruszyliśmy ku czerwonemu szlakowi, będącemu zarazem częścią Głównego Szlaku Beskidzkiego, który swą zawiłością i sinusoidalną formą prowadzi aż w Bieszczady do Wołosatego. Długość jego to około 500 km, ale nie będę o nim pisał teraz. Na nim się skupię gdy będziemy go z K-lifem w pełni przemierzać, a zapewne to nastąpi. Oczywiście nie planujemy tego, co by plany nie poszły w łeb.

Wracając do „idziemy” – kroki swe kierujemy najpierw do najbliższego sklepu spożywczego, celem uzupełnienia prowiantu. Wszak tam na górze mielibyśmy jedynie listki, korzonki i owady do kaloryzowania naszych niewyspanych ciał, a pragnę również nadmienić, że i nienajedzonych specjalnie. Tak więc uzupełnienie prowiantu nastąpiło szybko, a życie zaczęło się wreszcie układać – z Węgierskiej Górki pod górkę.

IMG_0062IMG_0064IMG_0065Zamierzeniem było dojść na szczyt zwanym Glinne (1034 m n.p.m.). Znajdowaliśmy się lekko poniżej 500 m n.p.m. Więc różnica wysokości przed nami to pozostałe 500 m. Niedużo ale i niemało zarazem. Nie zapominajmy o naszej ostatniej nocy, przy której sen nie zdążył się nawet zapowiedzieć. Po fakcie (niestety) zauważyłem, że w pobliżu mijaliśmy dwa schrony bojowe: „Waligóra” i „Włóczęga”. Ten drugi mógłby być idealnym miejscem na spoczynek gdyby nie był na dole i przy samej mieścinie. Schronów nie zobaczyliśmy, ale przynajmniej z każdym krokiem coraz to piękniejsze widoki wyłaniały się z pomiędzy drzew. Wreszcie poczuliśmy, że łazimy po górach. Zresztą nie tylko w oczach to poczuliśmy, nogi również raczyły się górskimi urokami i małymi krokami.

IMG_0066 IMG_0067 IMG_0072 Po kilku krótkich postojach dotarliśmy wreszcie na szczyt, a w zasadzie pod sam szczyt.  Tam znaleźliśmy bardzo fajne miejsce na obóz, a co najlepsze, zaraz obok już gotowe palenisko. Chcąc nie chcąc zarządziliśmy postój i spędzenie nocy w tym miejscu.
Każdy z osobna zaczął rozstawiać swoje przybytki. Ja z K-lifem standardowo namiot. Dawid i Krzysiek również namioty, każdy swój. Jarek jak przystało na Jarka rozwiesił swój tarp. Pomógł w rozbiciu podobnego Kasi, która nie przywiozła ze sobą „dachu nad głowę”, a skorzystała z materiałów budowlanych naszego, męskiego pochodzenia (czyt. własnych plandek). A że z wcześniejszym uprzedzeniem faktu potrzeby skorzystania z czyjegoś asortymentu – wszyscy byli na to przygotowani, więc i Kasia miała pod czym spać. Piotrek dla odmiany ze swojego tarpu zrobił sobie ładny spadowy daszek, a pod spodem rozwiesił coś co pospolicie zwie się hamakiem – i to własnej roboty – zuch harcerz! K-lif w tym czasie jadł kolejną zasłużoną porcję swojego jadła.

IMG_0082IMG_0085By dalej nie tracić czasu, poszliśmy zbierać drewno pod ognisko. Co niektórzy gdzieś tam daleko, parę metrów dalej przygotowywało smakołyki na ognisko. A same ognisko? Same ognisko samo się nie rozpali. Pomogła mu w tym jedyna w naszym towarzystwie kobieta, która pierwszy raz w życiu trzymając w ręku krzesiwo, nienagannie się nim posługując roznieciła ognisko do poziomu palnego. Można rzec, że zaiskrzyło między nimi. Dalej ognisko było już kontrolowane przez każdego na raz, jak również każdy na raz jadł to na co miał ochotę, pił na co miał ochotę… tylko K-lif, jak to K-lif musiał polegać na dobrych sercach towarzyszy podróży, którzy co i rusz czymś go tam uraczyli na deser przed snem, który zbliżał się już wielkimi krokami.
Po ugaszeniu ogniska wszyscy rozeszliśmy się do swoich domów by odespać te trudne, minione godziny. Żegnając się na dobranoc wiedzieliśmy, że rankiem spotkamy się na podwórku, więc bez zbędnych tęsknot i sentymentów czmychnęliśmy, każdy w swój śpiwór i zaczęło się pierwsze chrapanie na naszym wymarszu.

IMG_0068 IMG_0070 IMG_0071 IMG_0075 IMG_0076 IMG_0078 IMG_0081Dzień kolejny nastąpi…

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Beskid Śląski - czerwiec 2013 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>