Historia mojego maszerstwa – początki…

DSCF5646Witajcie drodzy czytacze, słuchacze i oglądacze.
Jak poniektórym wiadomo, wraz z K-lifem znajdujemy się się na farmie psów grenlandzkich. Poza tym, że jesteśmy tu po to by pomóc właścicielce w pracy przy obejściu (głównie ja), jesteśmy tu również po to by zaczerpnąć – mniej lub więcej – praktyki w świecie psich zaprzęgów (również głównie ja). K-lifa rolą jest być moim towarzyszem w doli i niedoli. I vice versa zresztą. Dobrze dla nas – jeśli kiedyś zechcemy odwiedzić Syberię, będzie nam prościej gdy przedstawimy się jako „towarzysze”. Smilie: :)
Jakiś czas temu umieściłem wpis opisujący moją pierwszą przejażdżkę psim zaprzęgiem. Świetne przeżycie. Teraz przyszedł czas na wpis, w którym opiszę pokrótce moje pierwsze doświadczenie w prowadzeniu zaprzęgu. Nie było to prowadzenie zaprzęgu „pełną gębą”, jedynie namiastka, chwilowa próba i odczucie na własnej skórze „jak to jest”. To wystarczyło by poczuć choć trochę jak to „smakuje” i na pewno zaliczyć to jako ten pierwszy raz.

Nim jednak nastąpi kontynuacja tematu przewodniego, chciałbym napomknąć skąd u mnie wzięły się fascynacja i zainteresowanie psimi zaprzęgami. Sam temat psich zaprzęgów nie był mi obcy od wielu lat, a to dzięki książkom i filmom tematycznym. Gdzieś tam zawsze w głębi zazdrościłem ludziom tak żyjącym – maszerom, koegzystującym z psami, dzielącymi z tymi psami życie, będącymi przewodnikiem własnej sfory i częścią całego zespołu. Uwagę swą skupiałem głównie na maszerach sprzed lat, na tych ludziach, którzy żyjąc gdzieś tam na dalekiej północy – czy to na Alasce, na Syberii, czy też w Skandynawii – używali swych zaprzęgów jako podstawowego środka lokomocji i jako narzędzia pracy. To było dla nich (i jest nadal gdzieniegdzie) czymś tak naturalnym jak naturalnym jest korzystanie z samochodu dla większości dzisiejszego społeczeństwa.
Jednak maszerzy dla mnie zawsze byli tymi ludźmi, którzy zmagając się z trudami ciężkich zim na północy naszego globu, z mrozami, musząc przy tym przemierzać dziesiątki, setki, a nawet tysiące kilometrów wraz ze swoimi wiernymi psami… nie poddawali się, przeżywali i dawali radę sprostać trudnym warunkom klimatycznym. Umieli sprostać bezwzględnej potędze natury i to w naturalny sposób. Dlatego może słowo „sprostać” jest złym słowem – umieli z niej korzystać i z nią współpracować. Zawsze tych ludzi darzyłem ogromnym szacunkiem. Szczególnie gdy porównam ich do większości dzisiejszego społeczeństwa, które wręcz ucieka „ku słońcu”, ciepełku, społeczeństwa większość czasu spędzającego w samochodzie (bo ma klimatyzację) i tak dalej. Nie chcę tu nikogo dyskredytować – bynajmniej. Ale jeśli mam się na kimś wzorować to na „ludziach śniegu” – cięższe życie to lepsze życie. Przynajmniej dla mnie.

siberian-husky2W roku 2009 nadszedł taki dzień, gdy mój dobry kolega – dziennikarz (pozdrawiam Cię serdecznie Wojtku) zaoferował mi wspólny wyjazd w Karkonosze. Gdzieś tam jego dyrekcja dziennikarska wysłała go i innych dziennikarzy na południe naszego kraju celem zobaczenia, poznania i udokumentowania III edycji „HUSQVARNA TOUR” – średniodystansowego wyścigu psich zaprzęgów. Dobrze mieć dobrych kolegów. Było wolne miejsce, a Wojtek wiedząc, iż przepadam za psami postanowił użyczyć mi ciekawego tematu pod zdjęcia. Obaj paraliśmy się fotografią (nadal się paramy) i często robiliśmy wypady na wspólne plenery fotograficzne.

greystery  Był to pierwszy raz gdy bezpośrednio zetknąłem się z tematem psich zaprzęgów. Był to też wyścig czyli inne oblicze psich zaprzęgów w porównaniu do świata znanego mi z powieści o ludach północy. Poznałem naprawdę ciekawych ludzi, ciekawe psy także. Temat zdjęć odszedł gdzieś na bok, chłonąłem ten świat w ten czas i teraz wiem, że to wtedy zalągł mi się w głowie mój cel – będę kiedyś powoził własny zaprzęg. Gdzieś tam, kiedyś tam.

syberian-huskyI tak, po latach znalazłem się tu gdzie się znalazłem. Krok po kroku realizuję swój cel i zapisuję na kartach swojej historii bycie maszerem.

A teraz wracamy na jednego – „wpisa”. Tego „wpisa”, czyli wracamy do tematu przewodniego.
Historyczna chwila miała miejsce przedwczoraj, w sobotę 08.II.2014 r. (Na wyścigach w Karpaczu byłem w dniach 08-09.I.2009 r. Można zaokrąglić, iż marzenie przeobraziło się w praktykę po pięciu latach. Grunt to cierpliwość).
Przedwczorajszy dzień był naprawdę wyśmienity. Pierwsza połowa, prawie bezchmurne niebo, słońce, lekki mrozek – nic tylko wsiadać w sanie i jechać na przejażdżkę. Tak też uczyniliśmy.

DSCF5514Dotąd nabrałem już pewnej praktyki w podpinaniu psów do zaprzęgu i wydawało się, że wszystko idzie jak po maśle. Jak się za chwilę okazało, moja praktyka jeszcze kuśtyka. Pomijam fakt, że Grenlandy mają taki temperament, że zapomnieć można o stosowaniu komend typu „chodź tu”; „stój”; „siadaj”. Mówię tu przede wszystkim o chwili gdy psy wiedzą, iż będą zaraz uczestniczyć w wyprawie. Nie pomagają w organizacji – tyle powiem. Cierpliwość ponownie się kłania. I sporo siły potrzeba, naprawdę sporo, by utrzymać takiego delikwenta za obrożę, która podpięta jest pod sztywny łańcuch, który to ma ułatwić zadanie nałożenia psu szelek. Potrzeba tu dużo praktyki by mogło to iść naprawdę sprawnie.

DSCF5562DSCF5563 DSCF5568 12345W między czasie oczywiście musiałem się jakoś rozgrzać przed wyprawą. Nieważne, że tego nie planowałem. Ale bieg to zdrowie, szczególnie gdy trzeba pobiec za dwoma Granlandami, które dzięki mojej „dobrej woli” i nieuwadze luzem wybiegły sobie w świat. Tak więc truchcik tam i z powrotem za pieskami, mentalna prośba „wracajcie”… jakoś tam się w końcu udało. Psy zostały podpięte i była to mocna grupa siedmiu psów.
Nieoczekiwanie ku wolności wydostał się kolejny pies – Ranco. Tu akurat dzięki nieuwadze właścicielki. Nie miał ochoty wracać, podpięte psy niecierpliwiły się do wyruszenia – zapadła decyzja, że Ranco wyrusz z nami. Był to jego pierwszy raz. Smilie: :)

DSCF5570DSCF5566Jako liderzy stanęły matka „Næsj” z córką „Zumba”. Næsj był główną liderką, z doświadczeniem, gdy Zumba przechodziła przy tej okazji pewien trening jako liderka.
W zaprzęgu były również dwa duże osobniki „Brum” i „Ruck” – główna siła napędowa. To właśnie za nimi miałem okazję wykonać sobie wcześniej małą przebieżkę. Smilie: :)
Ja usadowiłem się w saniach, Katinka na pozycji maszera, hamulce odpięte i nastąpił start. Porządny, mocny i szybki start. Psy naprawdę tego potrzebowały – biegu. Ku niezadowoleniu psów sąsiedzkich – Alaskan Huskich, które mogły tylko kląć po swojemu, że to nie one biegną. Zaraz później spotkaliśmy człowieka na biegówkach. Na trasie zaprzęgowej można poruszać się jedynie w rakietach śnieżnych lub na biegówkach by nie nie zniszczyć szlaku – taka „dżentelmeńska” umowa z okolicznymi mieszkańcami.
Człowiek na biegówkach musiał na moment przystanąć bo miał pod drodze do wyminięcia „złego” Ranco, który też przystanął bo dla odmiany miał do wyminięcia „złego” człowieka na biegówkach. Taki impas sytuacyjny. Smilie: :)

DSCF5572 DSCF5576 DSCF5577 DSCF5579Tak jak pierwsza połowa dnia była piękna i słoneczna, tak druga połowa dnia słonko utraciła, które to schowało się za nowo przybyłymi chmurami. Jednak dzień wciąż był nienaganny. Znajdujemy się tutaj na wysokości ponad 400 m n.p.m. To powoduje, że niska podstawa nowo przybyłych chmur tworzyła tu i ówdzie ciekawą widokowo „mgłę”. W trakcie przejazdu, wśród zaśnieżonych drzew tworzyła się piękna atmosfera powietrza. Dodatkowo, patrząc przy tym na ośnieżone drzewa tworzyła się dość tajemnicza atmosfera sama w sobie.

DSCF5598 DSCF5602 DSCF5607 DSCF5617 DSCF5629 DSCF5630 DSCF5631 DSCF5634 DSCF5635 DSCF5649 DSCF5650 DSCF5651 DSCF5671 DSCF5674I tak wśród tej magicznej atmosfery nastąpiła równie magiczna chwila. Moment historyczny dla mnie – samodzielne poprowadzenie zaprzęgu. Fakt ten był o tyle istotny, że mój pierwszy „kęs” opierał się na poprowadzeniu siedmiu (!) psów, tworzących mocną i silną pociągowo grupę. W praktyce prowadzenia zaprzęgu, pierwsze kroki stawia się przy ilości psów trzech (na przykład) i stopniowo przechodzi się do większej ilości, proporcjonalnie do nabywanego oświadczenia. Ale w tym przypadku była to chwilowa próba skosztowania tego zjawiska i na obecną chwilę można było sobie pozwolić na takie „ryzyko”.

DSCF5595 DSCF5643 DSCF5645Cóż mogę rzec. Przeżycie nie do opisania. Po pierwsze, jak samo bycie pasażerem i siedzenie w saniach daje dużo frajdy, tak prowadzenie takiego zaprzęgu to coś zupełnie innego. Człowiek naprawdę czuje jedność z tymi psami, odczuwa się bycie zespołem. Sam efekt stania na płozach, trzymania się uchwytu, sterowania saniami balansem ciała… przy zakrętach trochę mi to przypomina ostre skręcanie na deskorolce, z tą różnicą, że przy deskorolce podbijamy jej przód, gdzie tutaj przy pomocy rąk podbijamy tył sań i ukierunkowujemy je w odpowiednim kierunku. Do tego w trakcie jazdy, na stojąco  prędkość jest zupełnie inaczej odczuwalna, wiatr jest bardziej odczuwalny – to wszystko powoduje niewyobrażalne odczucia.
W życiu tylko raz miałem okazję fascynować się możliwością prowadzenia jakiegoś pojazdu. Był to samolot – nasza rodzima „Wilga”. Przy przelocie widokowym, pilot tegoż samolotu, widząc moje „zajaranie” lataniem pozwolił mi na moment poprowadzić samolot. Trwało to moment ale wystarczyło by tego nie zapomnieć do dnia dzisiejszego. Żaden samochód (a wieloma miałem okazję jeździć) nigdy nie sprawił mi tyle frajdy.
Przedwczoraj, możliwość poprowadzenia zaprzęgu dała mi podobną satysfakcję po raz drugi. I piszę to z czymś tam na sercu… obie ręce mam zajęte pisaniem. Smilie: :)

Tego dnia, w trakcie mojego prowadzenia (nie w wyścigu ma się rozumieć) miałem okazję skosztować kilku istotnych doświadczeń w praktyce.
Po pierwsze – wiozłem pasażera. Miałem porównanie jak to jest z masą i bez niej. Jest podobnie jak z samochodem dostawczym na śliskiej drodze, który jest załadowany. Lepsza przyczepność. Dodatkowo psy ciągną nieco wolniej. Ale odczuwa się nieco cięższe wchodzenie w zakręty jak również podejścia pod wzniesienia, gdy musimy wspierać psy odbijając się nogą (znów jak na deskorolce).
Po drugie – miałem okazję wymijać się z innymi maszerami jadącymi z naprzeciwka. Na tym odcinku trasa była dość wąska. Oni mieli pierwszeństwo (bo tak wyszło), należało sprawnie przyhamować, zjechać na bok i zatrzymać zaprzęg. Stosowanie płynne hamulców nie jest proste. Mamy (jak już pisałem przy innym wpisie) hamulec spowalniający i zatrzymujący. Do tego potrzeba praktyki, czasem dzielą ułamki sekund od sytuacji, która wymaga nagłego hamowania. Muszę przyznać, że nieźle mi poszło.
Po trzecie – ponownie hamulce. Tak jak przy mijance użyłem ich sprawnie, tak przy sytuacji gdy poprosiłem Katinkę o zrobienie mi zdjęcia z pierwszego powożenia zaprzęgu,  poszło już trochę gorzej. Zaprzęg był zatrzymany. Ja stałem na hamulcu blokującym i spowalniającym pełną swoją masą. Tylko po to by psy nieoczekiwanie nie wyrwały samowolnie do przodu. Katinka odeszła przed zaprzęg celem uchwycenia odpowiedniego kadru. I co się stało? Puste sanie, moja masa (raczej kogucia)… to wystarczyło by nie sprostać zadaniu utrzymania w miejscu zaprzęgu siedmiu silnych psów, które nijak nie miały ochoty stać w miejscu. Dodatkowym utrudnieniem dla mnie był fakt, że komend jakie psy znały nijak nie umiałem (nadal nie umiem), a moja polska wersja do nich nie przemawiała. Psy wyrwały do przodu, sanie za nimi, a ja za saniami. Oczywiście jest taki element przy saniach – linka, którą maszer zapina wokół siebie. Na wypadek… no właśnie taki wypadek. Skończyło się to tym, że sań nie puściłem (na szczęście siłę w łapach nie tylko mają psy), sanie wylądowały bokiem w głębokim śniegu, ja za nimi i tak sobie przeoraliśmy ileś metrów miękkiego i orzeźwiającego puchu. Idealne doświadczenie – wbrew pewnemu komizmowi dość istotne.

Zdjęcia jakie udało się wykonać Katince przedstawiają mnie zaraz po sytuacji wywrotki. Moje przesadne wyszczerzenie świadczy raczej nie tyle o radości z prowadzenia zaprzęgu, co z radosnego orzeźwienia, które dopiero co nastąpiło. Przy okazji wynalazłem nową, unikatową wersję Fuji S5 – w czarno białej obudowie. Smilie: :)

IMG_7604 IMG_7609 IMG_7612 IMG_7615 IMG_7617IMG_7620Po tym wszystkim zasiadłem z powrotem do sań jako pasażer i już na spokojnie, trzaskając sobie dalej zdjęcia pozwoliłem odwieźć mnie bardziej profesjonalnie do K-lifa. Do K-lifa, który w ten czas ni myślał siedzieć w pokoju i czekać na mnie cierpliwie. Tego dnia zażyczył sobie wyjść na dwór samodzielnie by móc mnie przywitać przy furtce. Niestety nie chlebem i solą, tego nie posiadał. Ale posiadał w swoim żołądku (jak się później okazało) dość pokaźną porcję mięsa, do którego się dobrał w „psiej kuchni”. Cwaniak – na drugi dzień miał dietę. Psy z zaprzęgu wróciły do swych boksów i napojone poszły odespać bieg.

DSCF5580 DSCF5581 DSCF5583 DSCF5593 DSCF5619 DSCF5620 DSCF5622 DSCF5623 DSCF5638 DSCF5658 DSCF5662 DSCF5678 IMG_7595 IMG_7597 IMG_7624Ja z K-lifem też wróciliśmy do swojego pokoju i wyłożyliśmy się do snu. Obaj go potrzebowaliśmy – ja ze swoich powodów, on ze swoich. Po przebudzeniu było karmienie wieczorne 63 wariatów.
Tak minęła sobota – 08.II.2014 r.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Na farmie z Grenlandami, Wyprawy

2 Responses to Historia mojego maszerstwa – początki…

  1. No wreszcie : ) Mina na zdjęciu zresztą kapitalna co za siebie mówi o radości.
    Napisz jak będziesz miał ochotę coś więcej o trasie – jaką ma długość, ile czasu trwa podróż, jakie prędkości rozwijacie, ile innych „załóg” maszerów można tam spotkać, jakie psy mają – sąsiad ma Alaskan Husky, Malemuty, syberyjskie husky bywają? Pamiętam, że wspominałeś jakaś rasę – krzyżówkę z wyżłem, która w Polsce w zaprzęgach brała udział.

      vagabundog says:

      Trochę nie na miejscy ale można rzec „pierwsze koty za płoty”. Smilie: :)
      Trasa ma około 7 km w jedną stronę. Tam i z powrotem mamy 14 km ale czasem wcześniej zawijamy i kończymy na około 11 km.
      Nie licząc podpinania zaprzęgu i odpinania po jeździe, sama wyprawa trwa około godziny. Nie urządzamy sprintów, w większości to po protu trucht. Psy nie mają najlepszej kondycji. Zima przyszła późno, psiaki nie miały zbyt wielu treningów. Jeździmy raczej rozrywkowo. Maszerów nie ma za wielu na naszej trasie. Tylko sąsiad śmiga, czasem ma jakieś towarzystwo i jeżdżą na dwa zaprzęgi. Psy jakie ma to Alaskan Husky i Greystery – krzyżówka Wyżła Niemieckiego z Greyhoundem, niekiedy z domieszką Syberyjskiego Husky.
      Jeśli chodzi tutaj o pospolitość psiaków zaprzęgowych to najwięcej maszerów posiada Grenlandy właśnie oraz Malemuty. Są to najsilniejsze i najwytrzymalsze rasy, jeśli chodzi o północniaki. Te dwie rasy mają to do siebie, że naprawdę długo mogą funkcjonować bez pożywienia. Dlatego są ulubieńcami maszerów, szczególnie gdy ci mają do czynienia z długimi dystansami i ilość żarła jest ograniczona do wiezienia bądź zdobycia. Syberyjskie oczywiście również są w użyciu, Alaskany i Samojedy. Te ostatnie raczej rzadko – nie uchodzą za zbytnio silne i wytrzymałe. Smilie: ;)
      Pozdrówka ode mnie i K-lifa (najsilniejszego i najwytrzymalszego psa świata) i dzięki za aktywność na stronce. Smilie: :)

Odpowiedz na „vagabundogAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>