Kierunek „N” – jak przebiegła podróż – etap III

_DSF4052Etap III
Tak więc po wyjściu z promu stanęliśmy na ziemi duńskiej. Było późne popołudnie. Chłód wokół panujący nie poprawiał nastroju, który był nie tyle zły co zmęczony. Przynajmniej u mnie. Do tego ten deszcz… cieśnina Femern, którą przepłynęliśmy mierzy zaledwie 20 km (mniej więcej), a jest niemałym wyznacznikiem jeśli chodzi o zmianę cyrkulacji atmosferycznej i mas powietrza.
Co by nie jęczeć i nie narzekać ruszyliśmy do przodu. Widok torów i wiedza, iż stąd kursują pociągi jadące wgłąb Danii trochę wkurzały. Naprawdę miałem ochotę móc kupić po prostu bilet, rozsiąść się wygodnie w przedziale i spokojnie dojechać do Kopenhagi, która była naszym celem podróży – na tym etapie.
W Kopenhadze mieszka moja siostra (którą serdecznie pozdrawiamy) i grzechem byłoby  nie odwiedzić jej po drodze. Zresztą za minut kilkanaście zadzwoniłem do niej i zapowiedziałem naszą wizytę. Wyrażając przy tym cichą nadzieję, iż do drzwi zapukamy jeszcze dnia dzisiejszego, choć pewnie o późnej porze. Siostra ma serdecznie ucieszyła się z zapowiedzi i cierpliwie gdzieś tam na nas czekała.
O pociągu przestałem myśleć i po jakichś 15 minutach doszliśmy do stacji benzynowej. Stacje benzynowe są strategicznymi miejscami dla autostopowiczów. Tego nauczyłem się w tej podróży. Oczywiście są „stacje lepsze” i „stacje gorsze”. Lepsze to takie, które usytuowane są przy głównej drodze jaką podążamy. Jeśli jest to stacja jedna i jedyna na wiele kilometrów – jeszcze lepiej. Jeśli poza samą stacją jako stacją mamy jeszcze jakiś zajazd, restaurację, bar – lepiej być nie może. Złe stacje natomiast, to takie, które spełniają zupełnie odwrotne warunki.

2013-08-18 18.10.13Nasza stacja była tak jakby po środku. Po środku jakości oczywiście, nie drogi. Choć przy głównej drodze, przy której to sterczała niczym rogi u byka, zieloniutka tablica z wymownym białym napisem „København 159″. 159 km jedną i prawie prostą autostradą – ktoś i zaraz po prostu musi się zatrzymać i nas stąd zwinąć.
I tak sobie staliśmy, niczym ta tablica… a odległość wciąż ta sama. Deszcz, który raz padał raz nie padał w końcu pogonił nas pod zadaszenie na stacji. Tam, z boku i subtelnie zagotowaliśmy sobie dla rozgrzewki zupkę z tortelinkami. Jedzenie pożywne i ciepłe – doda sił i chęci do dalszego łapania jakże chętnie zatrzymujących się samochodów. Sekundy mijały, minuty leciały, a godziny upływały. Ze mnie upływał również wigor… mój kciuk podniesiony do góry zaczynał kojarzyć mi się z gestem Cezara na igrzyskach. Od niechcenia i bez obaw utraty okazji począłem ukierunkowywać go ku dołowi. A co tam – jak zabawa to zabawa. I tak dobrze, że pohamowałem środkowy palec – choć kto wie, może to właśnie ten palec zadziałałby magicznie? Może zatrzymałby się wtedy jakiś bus, wyskoczyłaby z niego banda cyganów i do København dobieglibyśmy o własnych siłach? Tego już się nie dowiemy.

2013-08-18 16.28.57Godzina robiła się naprawdę późna i jeśli nawet, jakimś cudem ktoś by się zatrzymał i nas zabrał, do Kopenhagi dojechalibyśmy naprawdę późno, a o tej godzinie wpadać z wizytą nie byłoby sensu. Postanowiliśmy odejść kawałek do przodu i na pobliskich polach rozbić się z namiotami, wyspać się i jutro działać dalej. Siostrę uprzedziłem, że dziś nie ujrzy jeszcze mojej facjaty i ruszyliśmy… jakieś 4 km od tragicznego punktu – martwego punktu znaleźliśmy idealne miejsce. Pod samą autostradą co prawda ale ta w niczym nie przeszkadzała, a i hałas samochodów był jakiś taki… niemy. A może to tylko zmęczenie i było już wszystko jedno?

2013-08-18 20.31.37Nim nastała noc wszyscy zdążyliśmy podelektować się miejscem, w jakim przyszło nam odpocząć. Patrząc w kierunku przeciwnym do autostrady, którą mieliśmy zaraz za sobą, widzieliśmy jedno wielkie pole słomek (słomki to coś tam coś tam – nie wiadomo co, bo ścięto to co rosło i zostały same słomki), za polem słomek rosły drzewa, krzewy i inne zielone cuda. Gdzieś tam jakiś domek było nawet widać. Nad tym wszystkim przesuwały się chmury. I nagle z tych chmur spadł deszcz, a spomiędzy innych zaświeciło słońce… i pojawiła się tęcza. Tęcza tuż obok, z początkiem i końcem na wyciągnięcie ręki. To było fajne.

_DSF40442013-08-18 20.05.482013-08-18 20.08.13A my? A my odpoczywaliśmy, patrzyliśmy na to – i czuliśmy się wolni. Coś za nami, coś przed nami. Nic i nikt nas nie goni (chyba), my nic i nikogo nie gonimy… tylko gdzieś tam w mojej głowie te cholerne „restrykcje czasowe” ze szczepieniami K-lifa mi się kłębiły. I wolności czar prysł.
Na szczęście Kaja jakimś cudem wynalazła jakieś €, z którymi cofnąłem się liche 4 km na lichą stację benzynową i zakupiłem małe mleko na najbliższy ranek i najtańsze wino na najbliższy wieczór. Wziąłem też ze sobą nasze butelki celem uzupełnienia wody. Bo jak to tak – wino bez wody? No i K-lif też musi jakoś opić: postój w drodze, zastój w trasie i dobry nastrój w tym czasie.

2013-08-18 16.03.422013-08-18 16.04.56 2013-08-18 18.24.06 2013-08-18 21.58.13 2013-08-18 22.03.31 2013-08-19 05.04.11
c.d.n

Z podrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Kierunek "N" - czyli nie może, a na pewno morze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>