Kierunek „N” – jak przebiegła podróż – etap IV i V

2013-08-19 11.51.50 Na wstępie przepraszam za małą ilość zdjęć. To był ten okres kiedy nie myślałem o zdjęciach, a jedynie o dojechaniu do celu.

Etap IV
Rozpoczął się kolejny dzień podróży ku północnym rejonom naszego kochanego kontynentu. Dzień rozpoczął się około godziny dziewiątej. Szybkie przygotowanie porannego napoju z użyciem wczoraj zakupionego mleka, szybkie zwijanie dobytków i marsz do przodu.
Na jakim etapie były nasze „restrykcje czasowe”? Prawda jest taka, że po oficjalnym zaaplikowaniu K-lifowi jego medykamentów nie czekaliśmy tych 24 h na przekroczenie granicy z Niemcami. Tam już od lat nikt nie czatuje i nie sprawdza przejezdnych. Ewentualnością była tylko przypadkowa kontrola na drodze przez patrol policji. Natomiast było nikłe prawdopodobieństwo tego faktu więc po prostu nie czekaliśmy głupich 24 h.
W tej sytuacji, na obecną chwilę – trzeci dzień podróży – mogliśmy przyjąć, że w razie kontroli na ziemi duńskiej, podróż nasza trwa dopiero dzień drugi, a nie trzeci. Dzięki temu przed nami były jeszcze jeden pełny dzień do wykorzystania nim upłyną przyjęte 72 h. A i tak wiedzieliśmy w głębi ducha, że jeden dzień w tą czy w tamtą nie zrobi większej różnicy, tak więc mieliśmy nawet dwa dni. Ech – skomplikowane te restrykcje – przynajmniej w sytuacji podróżowania autostopem.
No dobra. Ruszyliśmy naszym słomkowym polem przed siebie, wzdłuż autostrady. Po wypoczęciu byliśmy pełni wiary w uprzejmość tutejszych kierowców.
Minęliśmy jakieś gospodarstwo, bardzo ładne zresztą – typowo skandynawskie, drewniane konstrukcje i bordowe barwy budynków.
Jeśli chodzi o popularność bordowego koloru na terenie Skandynawii… wzięło się to z pewnej tradycji sięgającej XVII w. W tamtym okresie wyrabiano farbę o takim kolorze wykorzystując do tego naturalne składniki, jak: szlam z ziemi bogatej w miedź (to był główny pigment), dziegciu, mydło szare, mąka żytnia. Dodawano do tego nawet mocz i to wszystko wyrabiano w jakimś siuwaksie do peklowania ryb. To nadawało farbie właśnie taki kolor. A było to podyktowane tym, że podobno szlachta tutejsza zazdrościła Niemcom ich solidnych, ceglanych domów. Smilie: :) I tak to się upowszechniło. Taka farba (która jest już wyrabiana przemysłowo) ma swój patent i nosi nazwę „faluröd” – „czerwień faluńska”… od miasta Falun w Szwecji, gdzie w tamtejszej kopalni wydobywano miedź. Ogólnie to Szwecja zapoczątkowała modę na taki kolor, dopiero potem rozpowszechniło się to na całą Skandynawię.
Ok, wróćmy do naszej drogi. Minęliśmy „faluńskie gospodarstwo”, przeszliśmy wzdłuż pola buraczanego, przy którym zamokły nam nogawki i buty (po wczorajszych opadach). Musieliśmy tak brodzić gdyż szukaliśmy odpowiedniego miejsca do zejścia na autostradę, która biegła trochę poniżej i odgradzały ją od nas rzesze kolczastych krzaków Dzikiej Róży.
W końcu się udało. I rozpoczęło się „zabawa w Cezara o dobrym sercu” – czyli kciuk w górę.
I życie zaczęło się układać. Zaraz zatrzymał się młody koleś, który wielce zdziwiony naszą obecnością w takim miejscu, podrzucił nas nie jakoś daleko, bo do krzyżówki przy mieście Maribo ale zawsze do przodu. Po drodze opowiedzieliśmy mu naszą historię i wspólnie potwierdziliśmy, że na tym odcinku ciężko o autostop. Jednak dalej będzie nam prościej – to nas uradowało.
I rzeczywiście, po rozstaniu z miłym człowiekiem długo nie musieliśmy czekać na następny samochód. Najpierw zatrzymał się jakiś marynarz – niestety jechał w innym kierunku. Po niedługiej chwili zatrzymał się kolejny samochód, prowadzony przez miłego starszego pana. Padło hasło: wsiadajcie raz-dwa. W tym pośpiechu zdarzyło się coś co zdarzyć się nie powinno ale się zdarzyło. Dowiedzieliśmy się o tym długo po fakcie i wtedy właśnie napiszę co się takiego zdarzyło.
Ruszyliśmy. Miły pan dowieźć nas miał już na główną wyspę „Sjælland”, jakieś w pół drogi do Kopenhagi. Sam musiał odbić na zachód do miasta „Næstved” – jechał tam do szpitala ze swoją chorą nogą. Ogólnie super, jeszcze przed południem i sporo drogi pokonanej.
Pan wysadził nas na stacji benzynowej, a nim odjechał zdążyliśmy jeszcze wypalić ze dwa papierosy, dowiedzieć się jak się wymawia pewne litery w duńskim alfabecie i ogólnie sobie parę chwil porozmawiać. W końcu się pożegnaliśmy. Na do widzenia wycyganiłem od pana dwie wody cytrynowe. Smilie: :)

Pora łapać kolejnego stopa. Schyliliśmy się po nasze bagaże. Plecaki założone, chcę się schylić po kalifowe juki…
– Zaraz! Gdzie są juki!?
– Jak to?
– No, tak to. Nie ma juków! Kur…
– W bagażniku nie było… ?
– Nie, zauważyłbym i odruchowo bym wziął.
– Fuck!
– Fuck!
– Kur…!
– Kur…!
Tak więc teraz właśnie piszę o tym co się wcześniej przydarzyło.
Na tę chwilę nie byliśmy pewni gdzie się podziały juki.
1 opcja – zostały u starszego pana w aucie
2 opcja – zostały u młodszego pana w aucie
3 opcja – zostały na drodze nim wsiedliśmy do samochodu starszego pana
Pierwsze co to zadzwoniłem do siostry w Kopenhadze, którą poprosiłem o telefon do szpitala w mieście, do którego zmierzał starszy pan. Być może tak się go odnajdzie i jeśli by je miał u siebie jakoś byśmy nagrali przesyłkę. Niestety nie udało się to.
W tej sytuacji pozostało nam wpisanie ogłoszenia na stronie internetowej, gdzie w danej okolicy można umówić się na stopa lub np. dać właśnie tego typu ogłoszenie.

Ogólnie – Diesel, to do Ciebie – wielkie pardon za zgubę, uroki podróżowania. Wiedz, że juki są już odkupione, inne i lepsze Smilie: ;) (marki „Kennel”Smilie: ;). I tak wciąż za duże dla Ciebie ale nabędę odpowiednie i może też niebieskie. Smilie: :)

Więc klątwa Egona wciąż trwa. W jukach straciliśmy: część karmy K-lifa, szczotkę K-lifa, kaganiec K-lifa, buciki K-lifa, miseczkę K-lifa, końcówkę mojego prowiantu, apteczkę podróżną, pojki Kai.
Tak więc trochę do uzupełnienia jest.

Humor mój spadł znacznie. Z drugiej strony trochę mnie to cieszyło – głupie, nie? Przede wszystkim K-lif, ku jego radości, miał lżej. Poza tym tego typu zdarzenie podkreśla fakt podróżowania. Raz na wozie raz pod wozem. Raz się zdobywa, raz się traci.
Dobra, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Podeszliśmy do wylotu stacji. Nie zdążyliśmy się nawet dobrze rozgościć jak zatrzymał się samochód z trójką młodych osób w środku. Dwie młode, sympatyczne… i co tu dużo gadać – ładne dziewczyny z przodu i jeden młody, sympatyczny chłopak z tyłu. Jadą do Kopenhagi i nas tam zabiorą. Git.
Usytuowaliśmy się z tyłu – nie pamiętam marki samochodu, chyba Seat Leon, tak czy inaczej było dużo miejsca i było wygodnie. Okazało się, że ekipa była na wakacjach i sobie jeździli i zwiedzali Danię. Dziewczyny były z Niemiec, a chłopak z Hiszpanii.
Kaja weszła w dyskusje z hiszpanem, sama znając ten kraj mieli wiele tematów do obgadania. Dziewczyny sobie gadały z przodu, a ja mogłem sobie siedzieć spokojnie i oglądać świat za oknem.
Dojechaliśmy po około godzinie. Ekipa wyrzuciła nas w miejscu, jednym z tych jakie poleciła nm moja siostra, by móc do niej najszybciej trafić. Wyszło tak, że i tak musieliśmy na nią poczekać więc postanowiliśmy podejść do innego miejsca, jeszcze bliższego miejscu spotkania. Najfajniejsze było to, że przypadkowo obok stał pozostawiony wózek sklepowy. W wózek załadowaliśmy nasze bagaże i rozpoczęliśmy spacer ulicami Kopenhagi.

2013-08-19 14.23.51Kopenhaga to ogólnie miasto rowerów. Gdzie nie spojrzeć tam rowery. Jeżdżące rowery, stojące rowery, leżące rowery – brakowało tylko latających. Drogi rowerowe są dwa-trzy razy szersze od chodników dla pieszych. Tylko ulicom nie dorównują szerokością, za to rowerzyści mają pierwszeństwo przed kierowcami samochodów. Ogólnie „bike-city”.
Ludzie w Kopenhadze różni, kolorowi, miks wszystkich nacji. Fajne to, bo nie ma monotonii jak się na to patrzy. Jednak wbrew pozorom odebrałem/liśmy wrażenie, że ci wszyscy ludzie, wbrew swoim oryginalnym wyglądom i otoczkom są jacyś tacy „sztywni”.
Może to tylko takie wrażenie – wszak z nikim nie spędzaliśmy czasu i nie rozmawialiśmy.

Idąc tak ulicami Kopenhagi doszliśmy do stacji metra, przy której mieliśmy się spotkać z moją siostrą – tak w ogóle Iwoną – chyba nie przedstawiłem jej z imienia. Pardon Iwonka. Smilie: ;) Iwonka była gdzieś tam i załatwiała jeszcze swoje sprawy i miała do nas dojechać za około godzinkę. Tak więc usiedliśmy sobie przy stacji benzynowej i czekając obserwowaliśmy ludzi i ich świat przed nami. Na stacji skorzystałem z toalety. W środku zastałem tak fenomenalne światło, że wykonałem sobie autoportret. Nie wiem jaką tam żarówę wkręcili ale wszystko było miksem zieleni i żółtego i sprawiało wrażenie monochromatycznego świata. Tak – to był monochromatyczny kibelek.

2013-08-19 15.47.24 2013-08-19 16.43.57W Danii są spore restrykcje jeśli chodzi o psiaki. Bardzo podobne jak w Norwegii zresztą.
Przede wszystkim pies porusza się tylko na smyczy. Nie tylko w środkach komunikacji miejskiej i miejscach publicznych ale nawet na ulicy. U nas dla odmiany takiego obowiązku ustawowo nie ma, co najwyżej logika to nakazuje (chyba, że mam złe informacje). Co najciekawsze i dla mnie jak najbardziej w porządku, pies nie musi mieć kagańca – nawet w środkach komunikacji. Wystarczy smycz i uważam to za logiczne, gdyż to smycz jest narzędziem do kontrolowania zwierzęcia, a nie kaganiec. O sprzątaniu kup wspominać nie muszę.

Siedząc tak sobie nie zauważyłem zbyt wielu psiaków na ulicy. Ludzie tam jakoś nie mają „psich naleciałości” w sobie. Jeżeli jakiś się trafił na linii wzroku to było to coś małego typu: York, Terierek miniatura lub jakiś chiński Grzywacz.
Ale gdzieś tam,  ktoś ma i coś dużego. Poza faktem (późniejszym) spotkania człowieka z Dogiem argentyńskim, w czasie naszego postoju pod stacją, zobaczyłem, że zbliża się w naszym kierunku sporych rozmiarów Malamut alaskański. Co ciekawe, psiak biegł luzem przed rowerem, który był prowadzony przez właściciela Malamuta.
Ja uprzedzając fakt, skróciłem K-lifowi smycz i trzymałem go mocno. K-lif jeszcze nie widział Malamuta.
Nagle się ujrzały. Smilie: :) K-lif swoje, próba wyrwania do przodu, Malamut swoje – próba wyrwania do przodu. Ja już gotowy przyjąć Malamuta na siebie, co by psy nie dopadły się nawzajem. Gość na rowerze jak zobaczył co się święci – jak nie wyskoczy z tego roweru, dosłownie – w rękach wiózł tackę z trzema shake’ami z McDonalda. Tacka i shake’i poleciały na chodnik tworząc piękną mleczną kałużę. Smilie: :)
Gość zdążył złapać Malamuta za jego długą sierść. Psiak to poczuł, zaskomlał lekko i z zębami do właściciela. Ten go w końcu ogarnął całego i go przypiął do smyczy. K-lif obok mnie wierci się, warczy, stęka, piszczy – co by go tam puścić. Nie ma opcji. Smilie: :)
Gość zestresowany – wszak to on nie miał psa na smyczy – coś tam gada po duńsku i kiwa głową nad rozlanym mlekiem, czyli shake’ami. Jego Malamut ochłonął i począł zlizywać mleczny napój chłodzący.
Na koniec powiedziałem gościowi, że ma ładnego psa. Ten podziękował i odjechał z nim (już na smyczy) dalej.

My siedzieliśmy dalej. Po paru minutach pojawiła się Iwona. Zobaczyła swojego brata, zarośniętego, brudnego i ogólnie wyglądającego jak „homeless edition”. Mimo to przywitaliśmy się serdecznie i ruszyliśmy razem ku domowi Iwony. Ja i Kaja marzyliśmy aby wreszcie wziąć prysznic. Oczywiście nie razem – to tak dla uprzedzenia niewygodnych i szyderczych myśli u co poniektórych.

Nie będę opowiadał jak odpoczywaliśmy – sprawa prywatna.
Iwonka – dziękuję Ci za tak serdeczne przyjęcie nas u siebie. Za wyśmienity obiad i za nocleg. Dzięki Lee za wspólne piwko i winko oraz nasze twórcze i męskie rozmowy… no i mały sparing – thanks for creative and men’s conversations… and little sparring. Smilie: ;)
Wielkie pozdrowienia dla Was! Greetings for You!

2013-08-19 21.57.57 2013-08-20 04.05.25

Etap V
2013-08-20 08.13.15Na następny dzień, całkiem bez pośpiechu spakowaliśmy nasz dobytek, pożegnaliśmy się serdecznie i ruszyliśmy do metra, którego stacja była obok. Metrem podjechaliśmy na stację, by tam wsiąść w pociąg, który miał nas dowieźć niedaleko i na południowe peryferia Kopenhagi. Tuż obok autostrady, która prowadziła prosto do Szwecji w kierunku wschód-zachód.
Droga jaką sobie obraliśmy prowadziła przez most, który sięgał wybrzeża Szwecji w okolicach Malmö. Lepiej dla nas byłoby opuścić Kopenhagę od strony północnej i kierować się do Helsingborg (bliżej drogi ku północy), jednak tam musielibyśmy przepłynąć promem, który do tanich nie należy.
Tak więc Malmö. Po dojechaniu w wyznaczone miejsce ujrzeliśmy skupisko trzech/czterech budynków o konstrukcjach szklano stalowych z namiastką betonu. Skupisko jako takiego centrum handlowego, hotelu, i jakichś biurowców. Doszliśmy do autostrady w okolice skrzyżowania. Skrzyżowanie w zasadzie było niemałym węzłem rozjazdowym, ale tylko pozornie.
Z jednej strony przejeżdżały samochody wyjeżdżające ze skupiska „szklanych domów 1″. Z drugiej strony przejeżdżały samochody wyjeżdżające ze skupiska „szklanych domów 2″. Z trzeciej strony przejeżdżały samochody jadące z Kopenhagi do „szklanych domów”. Z tych wszystkich stron jechały również samochody w kierunku Szwecji. Ale niewiele ich było, a te co były to: albo prowadzone przez biznesmenów pod krawatami, albo taksówkarzy (ci nas chętnie by wzięli jakby wiedzieli ile zarobią – gdyby nas było stać), albo w ogóle kogoś kto nie zauważał, że ktoś im pokazuje „ok”.
Mijały kolejne godziny. Frustracja we mnie narastała. W końcu mówię: – Chodźmy. Tutaj nie ma co stać.
Jakieś 10 km od nas było lotnisko. Kaja mówiła, że na lotniskach nie ma co łapać. Tym bardziej, że jak ktoś tam lądował to nie po to by do Szwecji śmigać. Ale co tam… ruszyliśmy z kolejnego „martwego punktu”.
Doszliśmy do drogi, która prowadziła zarówno na lotnisko jak i do autostrady prowadzącej do mostu. Przy tej drodze się zatrzymaliśmy na jakiś czas. „Restrykcje czasowe” kończyły się dnia następnego o szóstej rano. Nie łudziłem się, że zdążymy dotrzeć do granicy norweskiej. Frustracja moja narastała, czym wpieniałem moją współpodróżniczkę, a to z kolei odbijało się na zachowaniu K-lifa, który wyczuwał napięcie.
– Dobra, te siódemki wyglądają prawie jak dziewiątki. Gdyby je ładnie przemianować… mielibyśmy dwa dni w zapasie.
I postanowione. Ja się za to nie zabrałem. Inni mają większe talenty piśmienne. Frustracja zamieniła się w dumę polskiego cwaniactwa.
Ruszyliśmy dalej. Minęliśmy jakąś małą mieścinę, która była pewnego rodzaju osiedlem/dzielnicą Kopenhagi. Doszliśmy do skrzyżowania z autostradą, która przebiegała już pod tunelem. Dalej iść nie mogliśmy. I tu nastąpił cud. Zatrzymał się młody śmiałek pochodzenia szwedzkiego, z drzewkiem w bagażniku i nas zgarnął.
Opuściliśmy ziemie duńskie. Wyjechaliśmy z tunelu i wjechaliśmy na most, który robił piorunujące wrażenie. Niestety nie robiłem zdjęć – za co pardon. Po prostu chciałem już znaleźć się w Szwecji. I się znalazłem – ku mojej uciesze. Jak się później miało okazać, niepotrzebnie.

2013-08-20 18.40.10 2013-08-20 18.41.21Młody śmiałek podrzucił nas do autostrady na obrzeżach Malmö. Byliśmy przy wylocie na autostradę, która prowadziła na północ. Można rzec, że to ostatnia prosta. Jednak to nie było takie proste. Patrząc w kierunku Danii, którą opuściliśmy dało się zauważyć pasmo chmur płynących nad ową. Człowiek pomyślał „tutaj świeci słońce – będzie prościej”, ale nie. Na wylocie postaliśmy, że hoho, czyli długo. Słońce chyliło się ku zachodowi, a my  miejscu. Najlepszym pocieszeniem tego faktu było to, że na ziemi szwedzkiej obowiązuje to samo prawo co i w Norwegii, czyli można legalnie rozbić się na dziko z namiotem. Choćby przy drodze. Robiło się chłodniej. Postanowiliśmy podejść do pobliskiej stacji benzynowej, a nóż-widelec tam się ktoś trafi? Przy stacji przyrządziliśmy sobie wyśmienity posiłek. Makaron z konserwą – na ciepło. Smakowało wyśmienicie. A na stacji napotkałem… poloneza, z polskimi tablicami.
– Siema chłopaki-rodaki. Czy aby nie jedziecie na północ? Smilie: :)
– Cześć, niestety. Właśnie stamtąd wracamy.
I tyle ze spotkania z polonią.

2013-08-20 21.26.29 No nic. Dzisiaj nie ma szans na złapanie stopa. Kolejny „martwy punkt” – tylko szwedzki dla odmiany. Mieliśmy dwa wyjścia. Rozbić się przy „martwym punkcie” – była tam taka fajna powierzchnia trawiasta, z pierdylionem biegających po niej zajęcy, ku uciesze K-lifa.
Jednak ponownie zawitana frustracja i adrenalina zdecydowały o tym, że zrobimy sobie marsz. W telefonie sprawdziliśmy mapę, określiliśmy kierunek i trasę… i ruszyliśmy.
Fajnie się szło, choć z każdym krokiem coraz wolniej. Dystans jaki pokonaliśmy nie był zabójczy – jakieś 10 km, wliczając w to cofnięcia i obejścia.
Doszliśmy na bardzo ciekawe pole, przy wzgórzu, a przy którym sterczała przedziwna konstrukcja. Wieża z górą w kształcie spodka i do tego podświetlona na fioletowo. Ufo normalnie. Było to w mieścinie o nazwie „Kristineberg” („Góra Krystyny”? Smilie: :))
Tu ogarnęło nas zmęczenie kompletne. Było około północy, albo i później. Podeszliśmy pod szczyt górki, która była jednym wielkim polem z kolejnymi słomkami – jak w Danii. U szczytu natomiast rosła kępka drzew. Sądziliśmy, że tam będzie dobrze się kimnąć. Jednak dojście między drzewa uniemożliwiała palisada z Dzikiej Róży. Szwecja coraz bardziej przypominała mi Danię. Flora taka sama, brak autostopów…
Ze zmęczenia olaliśmy rozstawianie namiotów i każdy legł na własnej karimacie i pod własnym śpiworem – nad głową tylko niebo… i UFO nieopodal.

2013-08-20 23.58.50c.d.n.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Kierunek "N" - czyli nie może, a na pewno morze

2 Responses to Kierunek „N” – jak przebiegła podróż – etap IV i V

  1. Egon, klawo, jak cholera!
    Gdyby nie te sakwy… Miałem do nich sentyment po naszych wspólnych wyprawach. To był już atrybut K-lifa Smilie: ;)

      vagabundog says:

      Klawo jak cholera… sądziłem, że Tobie najbardziej będzie żal glanów. K-lifo sakwy ma nowe – czarne, jak mój plecak. Smilie: ;)
      Butki też nowe mu sprawię. Smilie: ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>