Kierunek „N” – jak przebiegła podróż – etap VI

2013-08-21 14.02.54Etap VI
Nie wiem co nas przebudziło – chłód, wilgoć czy też warkot silnika jeżdżącego po polu traktora. Było około ósmej jak dobrze pamiętam i nie mogę powiedzieć bym czuł się wtedy wyspany. Mimo chłodu i wilgoci wszem i wobec panującej chętnie bym pospał dłużej. Kaja i K-lif pewnie też, jednak ten traktor… prowadzący go chłop po prostu wziął się z rana do roboty i coś wskazywało na to, że zaraz podjedzie w nasze miejsce noclegowe by się upewnić z czym lub kim ma do czynienia.
Szybko zwinęliśmy swój dobytek – dobrze, że nie trzeba było składać namiotów i ruszyliśmy w dół zbocza, w kierunku najbliższej drogi. Gdy szliśmy już ulicą zauważyłem, że chłop rzeczywiście podjechał tam gdzie kimaliśmy. Teraz jednak byliśmy tam, a nie tam i być może pomyślał chłopina, że ma omamy.

On miał omamy, a ja miałem mokry śpiwór – uroki poranków w czasie spania pod gołym niebem. Podeszliśmy do ławki stojącej nieopodal. Słońce tam miło świeciło, więc rozwiesiłem na ławce śpiwór by mógł wyschnąć przed schowaniem do pokrowca.
Sami sobie tam postaliśmy, rozgrzaliśmy się na słoneczku i na gps’ie sprawdziliśmy kierunek dalszego marszu. Znajdowaliśmy się w mieścinie o nazwie „Oxie”. Mogliśmy dojć do najbliższej autostrady E6, odbić na zachód jakiś kilometr i dojść za chwilę do E22 – naszej docelowej trasy.

2013-08-21 09.55.372013-08-21 10.15.262013-08-21 10.15.37Postanowiliśmy jednak iść dalej na północ, małą drogą między polami i pojedynczymi zabudowaniami by do E22 dojść w miejscu bez zbędnych węzłów i rozjazdów. Był to dystans niewielki, około 5 km. Droga była bardzo miła i przyjemna.
Po niedługim czasie skończyła nam się woda. O wodę poprosiliśmy gospodarza mijanego po drodze gospodarstwa, który dał nam ją uzupełnić bez najmniejszych przeszkód.
Za parę chwil dotarliśmy do miejscowego małego cmentarza, który wzbudził zainteresowanie K-lifa. Nie na długo, gdyż w tym momencie, na kciukową prośbę Kai, zatrzymał się samochód i młody gość zaproponował nam podwózkę do Helsingborg.
Wyśmienicie – nowy dzień, nowe perspektywy.

2013-08-21 10.19.22Z dojazdu do Helsingborg zrezygnowaliśmy, musielibyśmy się przebijać przez miasto do wylotu, co nie miałoby sensu. Poprosiliśmy o podrzucenie do ostatniej stacji benzynowej przed miastem. W ten sposób nasza pozycja względem celu była bliższa o jakieś 65 km.
Człowiek, który nas podwoził bym z pochodzenia Bośniakiem. Z wykształcenia doktor, jak dobrze kojarzę i pracował w jakimś przemyśle chemicznym, jak znowu dobrze kojarzę.
Wiele lat temu przeniósł się do Szwecji i tak sobie tu żyje szczęśliwie z rodziną.
Przesympatyczny człowiek, który nie dość, że był można rzec z czystym sumieniem – pierwszym autostopem złapanym na terenie Szwecji, to do tego ofiarował nam 20 kr szwedzkich. Niewiele, jak sam stwierdził ale zawsze na coś do jedzenia lub picia.

2013-08-21 10.59.182013-08-21 10.59.36Człowiek z Bośni o dobrym sercu odjechał, a my zostaliśmy na stacji. Humory nam dopisywały i z wielkim optymizmem ulokowaliśmy nasze tyłki przy wyjeździe ze stacji.
W rękach trzymaliśmy dwa wielkie napisy: Oslo – wersja optymistyczna i Göteborg – wersja optymistyczna inaczej. I tak sobie staliśmy, siedzieliśmy, leżeliśmy. Napisy w łapkach twardo widniały. I tak sobie leżeliśmy, staliśmy, siedzieliśmy. Napisy w łapkach widniały już bardziej na miękko. Czas mijał, godzina za godziną. Kaja postanowiła się zdrzemnąć. K-lif postanowił się nie budzić. Ja postanowiłem zapalić. Nie wspomniałem, że Kaja wiozła dla koleżanki kilka paczek tytoniu – jedną poświęciliśmy na drogę.
Po kilku godzinach padło hasło by zakupić jakiegoś energetyka. Ku radości mej skoczyłem do sklepu na stacji by go zakupić. Ceny bajońskie – okazało się, że te 20 kr szwedzkich na energetyka nie stykną. Pytam czy można płacić duńskimi. Odpowiedź padła twierdząca. Uradowany rzucam moniakami na ladę by odliczyć i słyszę: – Sorry, only paper money.
I tak jak w podskokach wpadłem, tak w stylu pełzającym wypadłem ze sklepu.
Nim jednak doszedłem do naszego miejsca „obozowego” zatrzymała mnie po drodze pewna pani zajadająca hot-doga. Nim się zorientowałem o co biega, pani owa wcisnęła mi do ręki banknot i rzecze: – I saw you a few hours ago here. And saw in the shop that don’t have you money. Please, it’s for you.
– Thank You very much, but it’s too lot. I can’t take this.
– It’s not problem. Please take. Smilie: :)
– Thank You very much. Thank You. Smilie: :)
I tak, mimo braku autostopów pokochałem Szwecję.  Wróciłem do sklepu lecąc. Energetyk zakupiłem duży – pół litrowy – za całe 30 kr. Napojeni i naenergetyzowani zaczęliśmy myśleć. Skoro już tyle czasu się tu siedzi… i nic, może pora ruszyć tyłki i zacząć pytać ludzi?
To był pomysł Kai. Mnie osobiście, mimo niedawno wypitego energetyka humor wrócił do stanu „wszystko jedno”.

2013-08-21 15.23.452013-08-21 14.02.45Podchodziliśmy po kolei do każdego kto się zatrzymał na stacji, bądź na bocznym parkingu. Pytaliśmy ludzi młodych, ludzi starszych, kobiety, mężczyzn… każdego.
Jedni jechali tylko do pobliskiego miasta, inni nie mieli miejsca, a jeszcze inni mieli uczulenie na psa. Kaja trafiła na młodą parę, która poszła coś zjeść do baru obok. Dziewczyna była w ciąży i oboje nie byli pewni jaką podjąć decyzję. Mieli się na namyślić i dać nam znać. Po jakimś czasie Kaja spotkała się z dziewczyną w toalecie. Niestety nie mogli nas zabrać – uczulenie na psa… nie wiem czemu wcześniej o tym nie wiedzieli i nie podjęli decyzji. Tak czy inaczej dziewczyna była bardzo zawiedziona tym faktem i się prawie rozpłakała. Przepraszali nas jeszcze na zewnątrz z powodu stanu rzeczy jaki nastąpił i w rekompensacie wręczyli nam 200 kr. Hmm… dziwne to było, przyznam ale koniec końców wyszło ok. Smilie: :) No i było blisko – zacząłem wierzyć, że stację opuścimy na kółkach, a nie na nogach.
Podszedłem do jakiejś dziewczyny, która właśnie tankowała – jechała niedaleko i było jej równie przykro co poprzednikom, gdy widzę, że Kaja namiętnie gada z jakimś młodym kolesiem. Ten przytakuje cały czas głową. Znaleźliśmy transport!
Młody koleś powiedział, że może nas zabrać do Göteborg’a. Rewelacja. Powiedział, że jest ciężarówką ale to chyba nie problem. Oczywiście, że nie. Czekałem by móc pojechać i tirem w tej podróży. Lepiej być nie mogło. Ogólnie tirem nie może jechać więcej jak dwie osoby, więc w razie jakiejś policji, Kaja się skitra, pies będzie własnością kierowcy, a ja legalnym pasażerem. Lecz na spotkanie policji były marne szanse. Przez całą podróż widziałem tylko dwa radiowozy, tutaj w Szwecji. Resztę policji jaką pamiętam widziałem jeszcze na terenie Polski.

2013-08-21 21.20.182013-08-21 21.44.17Ciężarówka była nie byle jaka. Porządna Scania – 400 KM, obszerna kabina. Kaja i K-lif usadowili się z tyłu, na łóżeczku. K-lif mógł sobie spokojnie odetchnąć i się wyspać. Ja usiadłem na miejscu pasażera i narzekać na wygodę nie mogłem.
Nasz wybawiciel okazał się obywatelem Rumunii, pochodził z miasta Timişoara i miał na imię Bogdan. Miasto to znałem ze zdjęć i opowiadań kolegów ze szkoły fotograficznej, do której kiedyś uczęszczałem. Organizowano tam wyjazdy plenerowe. Ja niestety nie zdążyłem z nich skorzystać.

2013-08-21 19.42.302013-08-21 19.51.462013-08-21 20.29.38
Bogdan okazał się nad wyraz wesołym i pozytywnym człowiekiem – najbardziej ze wszystkich napotkanych jak dla mnie. Młody, 21 lat pracował za kółkiem w Szwecji. Jak się okazało w rozmowie, pracował z Polakiem o imieniu Marek, który nauczył go jednego polskiego słowa na „K”. To już klasyka. Dodatkowo wyżalił się na swój sposób i wi mieniu Marka w kwestii tego, że miejscowi nazywaj ich „Gipsies ” – „Cyganie”. Ten Marek właśnie wtedy nadużywa słowa na „K”: – Jacy k… Giepsies? My Giepsies? K… !
Swoją drogą, później w Oslo chyba zrozumiałem skąd wzięło się to porównanie i nie było wcale takie bezpodstawne. Smilie: ;)
Był też moment, że naszego kierowcę nauczyłem nowego polskiego słowa. Przez całą drogę Bogdan raczył nas muzyką rumuńską – z gatunku folk, z gatunku klubowej, z gatunku mieszanej… ogólnie bardzo dobra muzyka. Wiele tytułów spisała Kaja by móc je później samej skompletować – przypominam, że czekam na tą listę! Czytasz to Kaja?! Smilie: ;)
W trakcie słuchania muzyki Bogdana w uszy wpadało mi co i rusz słowo „dupa”.
Pytam go:
– „Dupa”… what does it mean in your language?
– It’s mean „after”.
– Really? In our language it’s mean „ass”. Smilie: :)
– Really??? Smilie: :)
I tak do polskiego słownika Bogdana wpadło nowe słówko.
Oczywiście Bogdan miał papierosy i kopciliśmy po drodze jeden za drugim. Później okazało się, że ojciec Bogdana też ma na imię Adrian i jest równie pokręcony jak ja. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Po jakimś czasie dojechaliśmy do Göteborg’a. Był już wieczór. Po naszym przedatowaniu „restrykcji czasowych” do Norwegii powinniśmy wjechać dnia jutrzejszego, najlepiej rano. Nie liczyłem na to. Pożegnaliśmy się z Bogdanem, licząc, że może kiedyś i gdzieś tam jeszcze się spotkamy.
Wysiedliśmy na stacji benzynowej, w pobliżu autostrady prowadzącej w pożądanym przez nas kierunku. Niestety stacja nie była najlepszej jakości. Ot mała stacyjka, w sumie dla miejscowych. Pewien koleś na stacji powiedział, że jakieś 5 km dalej jest inna stacja, bardziej przychylna do łapania autostopu. Mogliśmy tam podjechać autobusem, który miał przystanek tuż obok. I tak zrobiliśmy. Podjechaliśmy autobusem te kilka przystanków do następnej stacji. Rzeczywiście, stacja wydawała się konkretniejsza, a i obok był hotel, a po drugiej stronie ulicy McDonald i jeszcze inna stacja. Ulokowaliśmy się po tej drugiej stronie.
To ile czasu tam spędziliśmy, w jakich okolicznościach przyrody miejskiej zostawiam na kolejny wpis.

c.d.n.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Kierunek "N" - czyli nie może, a na pewno morze

4 Responses to Kierunek „N” – jak przebiegła podróż – etap VI

  1. No i do przodu Smilie: :) Dobrze, że doświadczacie tej kapki życzliwości od zupełnie obcych ludzi, w trasie musi być to szczególnie cenne Smilie: :) Nie wyobrażam sobie, by w Polsce ktoś tak po prostu dał podróżnemu „kieszonkowe”… Ale może jestem uprzedzona Smilie: ;)

    Twój blog daje mi wiele do myślenia – nie tylko o możliwości zwiedzania świata mimo przeciwności losu i podróżowania stopem, ale też takie zwyczajne, codzienne – że trzeba zacząć gdzieś łazić ze swoim psiakiem Smilie: :) Jest jeszcze stosunkowo młody i od zawsze dość narwany, nie znosi niestety kagańca a w kontakcie z obcymi bywa nieobliczalny, więc do środków publicznego transportu kaganiec by się przydał… Spróbuję kupić mu taki metalowy, żeby nie miał skrępowanego pyska. I postaram się go oswoić w komunikacji miejskiej – wtedy okolice miasta staną przed nas otworem Smilie: :)

    Pozdrawiam, moje kciuki za Was wciąż trzymane Smilie: ;)

      vagabundog says:

      Słyszałem już wcześniej od innych podróżujących na temat życzliwości ludzi napotykanych po drodze, sam napotkałem wcześniej wielu… lecz tutaj co poniektórzy przeszli moje najśmielsze oczekiwania. Smilie: :)

      Co do psiaka – pewnie, jest młody, wszystko przed nim. Zacznij go uczyć i przyzwyczajać. Wiesz, K-lif też potrafi pokazać pazurki wobec innych niekiedy – ludzi i psów. Ale to wszystko kwestia pracy nad nim. Na obecną chwilę, gdy już zna uroki i zasady podróżowania nie ma z nim problemów.
      Tu gdzie teraz jestem mieliśmy fajne choć nie jakoś bardzo oryginalne zjawisko. Do kobiety tu mieszkającej przyjechał człowiek by zostawić jej pod opiekę na weekend swojego psa. Mała suczka – mix Owczarka Australijskiego z jakimś tam Szpicem. Ogólnie bardzo fajna i miła dwuletnia suczka. Ale z temperamentem i narwana. Gość jak zobaczył K-lifa miał dylemat co tu zrobić. Poznaliśmy się i mu mówię, żeby się nie obawiał K-lifa. Ale on bardziej obawiał się o zachowanie swojej suczki. Nie miała zbyt wiele styczności z innymi psiakami i lubiła startować z zębami.
      Zaproponowałem mu szybką socjalizację psów. Niech same sobie przedstawią kto jest kim i ile może. Suczka cały czas startowała z zębami do K-lifa, ten jej nie był dłużny. Doskakiwał do niej od góry, łapą w łepetynę
      (ma taki lwi nawyk przy „bitkach”Smilie: ;) i z zębami – ale tylko pokazowo.
      Powiedziałem gościowi, by spuścił ją ze smyczy bo tak to cały czas będzie miała postawę agresywną. Tak też zrobił.
      Pogoniły się nawzajem – suczka z zębami i długa. K-lif ją dopadł, przewalił na grzbiet, lekko przygryzł, zawarczał, stanął nad nią rozkrokiem gdy ta leżała na grzbiecie (jakby to nie wyglądało, pokaz dominacji) i tak kilka razy.
      Od tej pory psiaki bawią się ze sobą, a jak lecą z zębami to tylko w zabawie.

      Proponuję Ci zacząć jego socjalizację poza środkami komunikacji. Sama jazda w transporcie, owszem – ważna ale to na raty. Nie obawiaj się go/jej puścić wolno z innymi psiakami (po selekcji – co by nie trafić rzeczywiście na jakiegoś agresora) by same między sobą pokazały kto ile może i powinien.
      Tak w ogóle, Niszka – to jakiego masz psa?

      • Z innymi psami jako tak to nawet nie ma problemu, zawsze podlatuje do nich przyjaźnie nastawiony i najwyżej potem spiernicza. Z każdym by się chciał bawić. Wyjątek stanowią niekiedy duże psy na krótkiej, napiętej smyczy – wtedy leci do nich z agresją. Gorzej jest tak naprawdę z ludźmi – wszystko by było fajnie, bo im żadnej krzywdy nie robi, jak sobie po prostu są. Gorzej, jak czasem ktoś wyciągnie rękę „tiutiając”, albo bojąc się psów zasłoni torebką – on nie wie wtedy, co się dzieje i z nagłego stresu może kłapnąć zębami.

        Największym jednak problemem jest to, że kompletnie nie słucha, kiedy go coś żywo zainteresuje, a np jest spuszczony na spacerze – mogę go sobie wołać…

        Jest to kundelek wzięty w wieku 7 miesięcy ze schroniska. Taki nie za wielki, poniżej kolana. Ma jeszcze starszą koleżankę, moje pierwsze ukochane „dziecko” Smilie: :D Przy czym jest to jamniczka, a jamniki to odrębna kategoria psów Smilie: :P

          vagabundog says:

          Rozumiem. Gdy ja napotykam takich ludzi i widzę, że „tiutając” tylko drażnią – nie tylko K-lifa bo i mnie (nie lubię „tiutania” ) – zwracam im uwagę. Chyba, że jest to naprawdę jakaś przemiła „babcia”, która już inaczej nie potrafi – wtedy odpuszczam. Smilie: ;)

          Cóż – w takim razie sporo nauki przed Wami. Ale czym więcej takiej wspólnej pracy, a efekty są zadowalające, tym większe zadowolenie z takowej.
          Życzę powodzenia w szlifowaniu zachowań i mam nadzieję, że będzie kiedyś okazja na wspólne spotkanie naszych psiaków. Smilie: :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>