Kierunek „N” – jak przebiegła podróż – etap VII

2013-08-22 10.12.36Etap VII
Czyli noc w Göteborg’u i coś tam dalej.
Na temat samej nocy spędzonej na ulicy w Göteborg’u nie ma co się rozpisywać. Ot nieprzespana noc, która była chyba najbardziej absurdalnym ale i miłym we wspomnieniach postojem. Przytoczę tylko kilka momentów z tego miejsca.
Jak wcześniej wspomniałem, za miejsce spoczynku obraliśmy sobie teren w okolicy McDonalda i stacji benzynowej. Było to przy wylocie na autostradę, którą potrzebowaliśmy jechać dalej. Godzina była późna, ruch na drodze znikomy. Samochody przejeżdżające były w większości samochodami miejscowymi i jechały w głąb miasta. Na samą autostradę skręcało naprawdę niewiele autek.
Iść dalej nie było sensu, szkoda energii więc nic nie stało na przeszkodzie by chociaż spróbować złapać jakiś transport.

Nikt się nie zatrzymywał. Dla urozmaicenia naszego czasu i chęci poczucia choć trochę luksusu, skoczyłem do McDonalda po dwie kawy dla nas. Wieczór był chłodny i napicie się gorącej kawy, oczywiście do papieroska, było czymś czego akurat potrzebowałem.
Nie wiem czemu zdjąłem wieczko z kubka od mojej kawy. Tę postawiłem obok na trawie by w tym czasie skręcić sobie papierosa. Tak w ogóle muszę się pochwalić, że w ciągu tej podróży nauczyłem się skręcać ręcznie piękne papierosy. Dotąd zawsze korzystałem z maszynki. Ponowny przykład, że podróże kształcą.
A więc skręcam sobie tego papierosa i oczywiście musiałem się ruszyć. Przy poruszeniu – jak nie kopnę mojego kubka z kawą, która tak pięknie wsiąkła w ziemię, że aż żal ogarnął człowieka, iż nie nagrał tego w „slow motion”. A jakie wkur…ogarnęło człowieka? Wszak tyle mieliśmy pieniędzy, że co tam jedna kawa – za 35 kr!
Cóż, dobra koleżanka podzieliła się ze mną swoją kawą. Na szczęście zakupiłem średnie więc jakoś tam starczyło dla miłego napojenia.

2013-08-22 02.32.35K-lif smacznie drzemał sobie obok. Kaja postanowiła zrobić to samo. U wszystkich zmęczenie było niemałe. Ostatni nasz sen był na dalekim polu, pod gołym niebem i do najdłuższych nie należał.
Mnie pozostało filować na samochody. W tym czasie wygwizdałem pod nosem chyba wszystkie możliwe melodie jakie tylko znam. Godzina mijała za godziną, ja gwizdałem, reszta spała.
Zobaczyłem nagle, że na stacji za nami zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego jakiś chłopak. W środku siedziały jeszcze dwie osoby. Postanowiłem podejść i zapytać czy może nie jadą na północ. I idę tak sobie w ich kierunku. Koleś właśnie sięgał po przewód od dystrybutora i odwrócił się do mnie tyłem.
– Hi! Maybe… – mówię i nie kończę.
– Fuck! You scare me! – jak nie podskoczy koleś.
– Sorry, easy. I have only one question. Maybe You go to the north? We trying catch a car.
– No, sorry. We are from here.
– Ok. Too bad. Sorry for scared you.
Tak więc sorry, sorry – long story. Koczujemy dalej.

2013-08-22 02.33.04Ekipa dalej drzemie. Ja czuję, że zasypiam na stojąco. Nie mam sumienia budzić Kai, niech kima. Ale nagle pojawia się pomoc w kwestii. Do McDonalda zajeżdża grupka dzieciaków w wypasionych samochodach. Tak sobie jeżdżą, tam i z powrotem. Popiskują przy tym niemiłosiernie. Nawet klaksony sprawdzili – działały. Ot, zabawę miały dzieciaki.
Ale dzięki tej zabawie Kaja stwierdziła, że pora wstawać. Przyszła wreszcie kolej na moją drzemkę. I sobie ległem.
Długo nie spałem jak sądzę, może godzinę. Obudziła mnie rozmowa. Słyszę, że obok pracuje silnik samochodu. Słyszę rozmowę Kai z kimś tam – w „Inglizi” oczywiście.
Lekko podnoszę głowę, patrzę – a tu dwa samochody stoją. W jednym jakiś łysy koleś, w drugim jakiś inny koleś z włosami. I gadają, że tak… jadą tam. Mogą zabrać. Hmm… na dwa autka – myślę – ciekawe.
Nie wiem jakie intencje mieli kolesie – na moje doświadczenie i intuicję – lewe. Ot, zobaczyli blond małolatę, samotnie łapiącą stopa. OBaj mogli zabrać – okazało się, że to koledzy tak w ogóle.
Podniosłem się bardziej, K-lif również. Okazało się (wg moich spostrzeżeń), że ani jeden, ani drugi nie widział mnie i K-lifa. Wtedy jeszcze nie podejrzewałem ich o nic. Byłem mocno rozespany. Nie wiem jak wyglądała moja facjata ale spodziewam się, że w stylu „K…, co tak głośno, ja tu śpię”, choć starałem się wyglądać uprzejmie.
W tym momencie kolesie ujrzeli podnoszącą się, zarośniętą twarz, rozespanego i chcącego miło wyglądać typa, a w tle postać jakiegoś „Cerbera”.
Nie zapomnę twarzy łysego, oczy większe niż jego łysina. Nagle 180 stopni obaj.
– No, no. Sorry, I don’t going in this direction. Maybe him – wskazał łysy na kolegę w drugim samochodzie.
– No, sorry. I can’t – i cos tam coś tam. I odjechali panowie.

– Jakieś lewe typy – mówię.
– Nie, chcieli zabrać. Mówili, że jadą… – nie pamiętam co tam Kaja odpowiedziała.
Postanowiłem kontynuować sen. Lewe typy i tyle.

Nadszedł w końcu ranek. Taki porządny i jasny. Ruch zrobił się poranny, czyli wzmożony.
Postanowiłem, że pora stąd się zwijać. Miałem już dość „bejowskiego” sterczenia na ulicy. Zaproponowałem podejście do przodu, do innego skrzyżowania, na samym wylocie z miasta. Tak pokazywała mapa.
Poszliśmy. I dobrze wyszło. Przeszliśmy może 2 km, a miejsce było o niebo lepsze. Do tego z przystankiem autobusowym. Na rozkładzie okazało się, że lada chwila nadjedzie autobus ekspresowy, który mógłby nas dowieźć do mieściny oddalonej o jakieś 35 km. Byłoby idealnie. Jednak bez chajsu… na taki odcinek nam nie starczy – to pewne. Spróbujemy dojechać gdziekolwiek, oby tylko opuścić nasz kochany Göteborg.

Autobus nadjechał. Wsiedliśmy. Jako, że Kaja ma pewien dar do „słodkiego” zagadywania ludzi, wypróbowała swojego talentu na kierowcy autobusu. Okazało się, że z naszym chajsem moglibyśmy przejechać jakąś połowę drogi ale uprzejmy kierowca pozwolił nam jechać do samego końca – za darmo. Smilie: :)
Nastąpiło rozluźnienie. Wygodne miejsce w autobusie, słonko przez szybę przygrzewa… relaks. W ten sposób dojechaliśmy do miejscowości „Stenungsund”.

Bardzo miła, nadmorska mieścina. Po wyjściu z autobusu, zapytaliśmy przechodnia którędy dojść do autostrady. On nam wskazuje kierunek i mówi z miną zlitowanego człowieka:
– Ale to daleko.
– To znaczy?
– No, ze 4-5 km.
– Acha, czyli nie tak daleko.

2013-08-22 08.10.44Podziękowaliśmy i odeszliśmy we wskazanym kierunku. Po drodze, w sklepie Kaja zakupiła wodę i banany. Banany wszamaliśmy momentalnie. K-lif napił się świeżej wody i wszyscy razem ruszyliśmy dalej. Doszliśmy do skrzyżowania z przejazdem kolejowym. Pociąg nie jechał, mieliśmy zielone – przeszliśmy na drugą stronę.
Była to już prosta droga, prowadząca do autostrady. W zasadzie nie zdążyliśmy porządnie zdjąć plecaków, gdy zatrzymał się fajny, stary Volvo kombi. Prowadziła go przemiła pani w średnim wieku. Bez namysłu zaoferowała podwózkę – nie daleko, gdyż jedzie do pracy. Lecz gdyby nie jechała, być może mogłaby nas podwieźć dalej. Powiedziała po drodze, że kiedyś sama korzystała z autostopów i wie jak to jest.
Kaja miała idealną współrozmówczynię – i vice versa. Dwie autostopwiczki. Ja z K-lifem przez parę minut odpoczęliśmy sobie na tylnym siedzeniu.
Pani podwiozła nas jakieś 25 km do skrzyżowania. Tu musiała odbić na prawo. Na pożegnanie wręczyła nam kawałek pysznego chleba – własnej roboty. Naprawdę był dobry. Zjedliśmy go momentalnie.

2013-08-22 09.04.452013-08-22 10.13.092013-08-22 10.57.49Nie pamiętam jaką mieliśmy dokładnie godzinę ale było około południa. Słońce porządnie dawało się w znaki. Miejsce, w którym przyszło nam siedzieć było zupełnie bez cienia. A i ten na niewiele by się nam zdał.

2013-08-22 09.05.432013-08-22 10.12.10Do osiągnięcia Norwegii było już naprawdę niewiele i ponowny zastój „autostopowy” dawał się porządnie we znaki. Upał również robił swoje. Napięcie między mną i Kają narastało. Każde z nas miało już dość tej podróży i oboje chcieliśmy móc znaleźć się w Oslo, odpocząć, wziąć prysznic itp.
Teoretycznie stanie przy samej autostradzie jest zabronione. Praktycznie też jest zabronione. Nie mówiąc o spacerowaniu wzdłuż niej.
Kiedyś w Szwajcarii, gdy byłem dzieckiem sepleniącym i nie znającym zbyt wielu słów, wybrałem się na autostradę swoim trójkołowym rowerkiem właśnie na autostradę. Podobno chciałem wracać do Polski. Jedno jest pewne, momentalnie zatrzymał się samochód. Ale to nieważne.

2013-08-22 09.20.14Teraz jestem dorosły i odpowiedzialny. Postanowiłem więc mieć gdzieś zakazy i nakazy, nie sterczeć więcej w słońcu i iść przed siebie. Kaja chcąc nie chcąc również ruszyła.
W całej naszej spince i tak doszliśmy do porozumienia, że jeśli zatrzyma się jakiś samochód, a kierowca będzie miał obiekcje co do psa, to Kaja niech wsiada i jedzie sama.
Ja do Oslo trafię po swojemu. Nie powiem, że mnie to wpieniło – skoro razem się wystartowało, to i razem kończy się bieg. Ale jest jak jest, każdy wie co i jak ma robić.

Cała ta sytuacja dała mi małego kopa w tyłek i maszerowało mi się naprawdę dobrym tempem. Kaja nie nadążała, więc po chwili, gdy się zatrzymałem słysząc jej wołanie, oddaliśmy sobie własne rzeczy. Ja miałem jej kilka drobiazgów, a ona moich. Tak na wszelki wypadek gdybyśmy rzeczywiście mieli jechać dalej oddzielnie.
Ale póki co szliśmy dalej razem. Przed nami wyłonił się most. Hmm… iść mostem to i mnie już za bardzo nie odpowiadało, tym bardziej, że chodnika tam nie uświadczysz i samochód tym bardziej żaden się nie zatrzyma. I tak miałem gdzieś te samochody. Człowiek padłby na tej autostradzie plackiem – nikt by chyba nie stanął.

2013-08-22 12.11.372013-08-22 12.13.02Przed mostem, na dole przebiegała mała droga łącząca ze sobą pobliskie wioski. Sam most przebiegał nad fjordem – brałem pod uwagę czy nie zejść i nie podejść do wody, by K-lif mógł się ochłodzić. Tak czy inaczej zeszliśmy na dół. Okazało się, że drogą na dole jeżdżą autobusy. Ja stanąłem pod mostem, w cieniu – napoiłem K-lifa wodą, która już się kończyła. Kaja odeszła paręset metrów na przystanek, sprawdzić rozkład. Wróciła z niewiadomą gdyż ten rozkład był za bardzo „szwedzki”.
Według naszego rozeznania powinniśmy kierować się w stronę przeciwną do tej, przy której fjord się rozszerzał. A więc w prawo. Albo podjedziemy, albo podejdziemy, okrążymy fjord i znajdziemy się w mieście, które widać po drugiej stronie mostu.

Z naprzeciwka nadjechał autobus. Nie nasz kierunek ale z autobusu wysiadł jakiś jegomość w kwiecie wieku. Podeszliśmy do niego i zapytaliśmy czy pomoże nam rozwiązać zagadkę z rozkładem. Pomimo faktu, że człowiek ów ni w ząb nie kumał po angielsku chętnie nam pomógł – po niemiecku. Jakimś cudem, tym razem (w przeciwieństwie do okresu gdy przejeżdżaliśmy jeszcze przez Niemcy) pamięć ma przywołała kilka słówek po niemiecku z głębi mózgu. Swego czasu uczyłem się tego języka w szkole i naprawdę znałem ten język nienagannie. Udało nam się określić, o której przyjedzie najbliższy autobus. Dowiedzieliśmy się, że dojedziemy nim tam gdzie chcemy.
Pan sobie poszedł, a my mieliśmy pół godziny do autobusu. Rozsiedliśmy się na trawce przy przystanku i czekaliśmy. Ja zdążyłem nawet przysnąć.

2013-08-22 13.35.06Autobus przyjechał. Już klasycznie, Kaja poszła „bajerować” kierowcę. Nie pamiętam czy kupowała bilety – chyba nie. Kierowca uprzejmie poinstruował jak mamy jechać dalej.
W docelowej mieścinie czekała nas przesiadka do innego autobusu, który miał nas dowieźć w okolice autostrady. Miejsce to zwało się „Kärra” i było czymś w rodzaju wielkiego centrum handlowego. Przesiadka nam się udała, a w międzyczasie zdołałem uzupełnić wodę do butelki.

Po dojechaniu do „centrum handlowego”, te okazało się niemałym „centrum handlowym”. Był tam pierdylion różnych budynków, sklepów, Ikei, a i stacja benzynowa też była.
Rozlokowaliśmy się wygodnie na trawce, obok stacji i rozpoczęliśmy nasze klasyczne „cezarowe łapanie„.
Nic. I nic. Ale krótko. Bardziej z nudów niż z potrzeby, podszedłem do dwóch gości rozmawiających przy samochodzie. Zapytałem ich czy nie ma w pobliżu innej stacji benzynowej, usytuowanej w lepszym miejscu niż ta tutaj. Takiej, która pewniej będzie przyjmowała samochody jadące na północ. Goście odpowiedzieli przecząco, sugerując umiejscowienie bliżej skrzyżowania. Podziękowałem i wróciłem na nasza trawkę.
I dowiedziałem się od Kai, że pojawił się gość, który chętnie zawiezie nas pod granicę z Norwegią. Musi tylko podjechać po żonę do Ikei, na drugą stronę autostrady i zaraz wróci – za 10 minut. Super!
Minęło minut 20. Gościa nie ma. Oczywistym jest fakt, że żona mu nie pozwoliła. A może sam zrezygnował? Łapaliśmy więc dalej. I pojawił się… pan w czarnym samochodzie. Z norweską rejestracją i rzekł mniej więcej:
– Do Oslo? Wsiadajcie.

Jak było po drodze nie pamiętam. Nie wiem po prostu. Kaja sobie jechała i rozmawiała z panem. Ja z tyłu, z K-lifem przespaliśmy całą drogę. Obudziłem się przed samym Oslo.
Dowiedziałem się, na moje pierwsze pytanie po przebudzeniu:
– Co z restrykcjami czasowymi na granicy?
– „Nie było” granicy.

I tak znaleźliśmy się w Oslo. Po 6 dniach autostopowej włóczęgi z Polski do Norwegii.
Sam pobyt w Oslo i inne chwile zostawiam na oddzielny wpis/oddzielne wpisy.
Wstawię tylko pamiątkowe zdjęcia z pierwszych chwil. I oczywiście pierwsza kupa K-lifa na ziemi norweskiej.
2013-08-22 18.44.12 2013-08-22 18.56.28 2013-08-22 19.44.48 2013-08-22 20.38.07
Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Kierunek "N" - czyli nie może, a na pewno morze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>