Kierunek „N” – jak przebiegła podróż

_DSF4009Jako tako mam dostęp do komputera więc pora skorzystać z okazji, cofnąć się w czasie i napisać jak przebiegła sama podróż. Niektóre kwestie mogą się powtarzać z już wcześniej opisanymi ale to pewnie nie kłopot. Smilie: :)

Wszystko zaczęło się dnia… bodajże… ech, nie pamiętam ale jakoś na początku sierpnia.
Siedzę sobie w domciu, coś tam nucę pod nosem, snuję o przyszłości świata… a i gadam sobie z Kają przez czata. Wcześniej Kaja wspominała, że wybiera się do Norwegii, więc fakt nie był dla mnie zaskoczeniem… ale gdy padło z jej strony stwierdzenie pytające:
– Słuchaj… bo ludzie mi się wyłamali i nie mam z kim jechać do Norwegii. Nie pojechałbyś? Autostopem. Dwa dni w Oslo i potem połazić po fiordach.

hmm… siedzę, nucę, snuję… nic konkretnego przede mną…
– Jasne! Czemu nie?
I tak decyzja zapadła.

Wyjazd nastąpił po mniej więcej tygodniu. Bez zbędnych przygotowań jeśli chodzi o moją osobę. Najwięcej przygotowań było względem K-lifa, czyli: paszporcik i szczepienia potrzebne do przekroczenia granicy. Z tym było najwięcej stresu, gdyż jak wiadomo są pewne ograniczenia czasowe, które pozwalają na przekroczenie granicy „wtedy a wtedy”.
Od momentu zaszczepienia psa (przeciw wściekliźnie, przeciw kleszczom oraz tasiemcowi – te ostatnie wymagane przez Szwecję) mamy takie wytyczne:
– kraj, w którym pies został zaszczepiony można opuścić nie wcześniej jak po 24 godzinach od momentu zaszczepienia;
– do kraju docelowego nie można wjechać później jak po 72 godzinach od momentu zaszczepienia;
– czyli od momentu opuszczenia terenu Polski zostaje nam 48 godzin na dojechanie do Norwegii.
Autostopem, przez Niemcy, Danię i Szwecję… trochę jak w filmie „48 godzin” – wyścig z czasem. Smilie: :)

Ok, naszą podróż możemy podzielić na kilka etapów. Tak więc po kolei.

Etap I
Ostatniej nocy przed wyjazdem zapakowaliśmy wszystko co powinniśmy i mogliśmy zapakować. Kaja miała swój dobytek na plecach, ja swój i K-lif również. Chajsu mieliśmy razem jakieś 300 zł. Kaja w poniedziałek miała jeszcze mieć do dyspozycji 100 €.
Start w Chotomowie. Była to sobota, 17 sierpnia. Pierwsze co to wizyta w „Legwecie” celem zaszczepienia K-lifa. Chodziło o ostatnią chwilę ze względu na „restrykcje czasowe”.
Z Legionowa szybki podjazd do dworca W-wa Wschodnia i tam w pociąg do Szczecina. Na terenie Polski nie wypadało nie skorzystać z takich jeszcze udogodnień (mimo zabójczych cen) – „restrykcje czasowe”. Smilie: :)
_DSF4010Pociąg przyjechał, wsiedliśmy i ruszyliśmy. Trafiło nam się o tyle wygodnie, że ulokowaliśmy się w przedziale na rowery. Wisiały w nim na hakach dwa BMX’y, a cała podłoga była nasza. Jako, że jechaliśmy z K-lifem lepiej być nie mogło.
Podróż upłynęła nawet szybko. Planowo dojechaliśmy do Szczecina – była godzina 18:00 – jakoś tak. Nie tracąc czasu rozpoczęliśmy podjazd i marsz w kierunku granicy z Niemcami.
Koniec końców dotarliśmy tam komunikacją miejską.
I tutaj rozpoczęło się polowanie na stopa.
Długo nie czekaliśmy. Zaraz zatrzymały się dwie przemiłe panie – Niemki i zabrały nas spod granicy by dowieźć do miasta Pasewalk. Niedaleko ale zawsze do przodu.
Podróż z paniami była o tyle ciekawa, że one za nic nie kumały po angielsku i polsku, my za nic nie kumaliśmy po niemiecku. Ale wszyscy grzecznie przytakiwali i się uśmiechali. Smilie: :)
W Pasewalk po rozstaniu z paniami postanowiliśmy przespać noc celem regeneracji sił po całym dniu podróży – a był już wieczór. Rozbiliśmy się z namiotami nieopodal autostrady.
I tu bym zakończył etap I.

Etap II
_DSF4020Na drugi dzień, już zregenerowani rozpoczęliśmy marsz w naszym kierunku i próbach łapania kolejnego stopa. Naszym celem było kierować się na Lübeck, jak najbliżej Danii.
Nie było łatwo – dwoje ludzi z dwoma niemałymi plecakami i… pies z jukami!
Grunt się nie poddawać. Kaja z autostopem miała już doświadczenie, ja nie – i u mnie niekiedy widać było zdegustowanie efektem machania łapkami do przejeżdżających kierowców. Smilie: :)
– Uśmiechaj się!
– A po kiego?
W końcu zatrzymał się samochód. Młoda para. Chłopak, okazało się, zna język polski i często tam bywa bo ma w Polsce rodzinę. Daleko nie zajechaliśmy. Oni jechali na Berlin, my musieliśmy odbić w drugą stronę. Ale jak zwykle – zawsze do przodu. Dodatkowo dostaliśmy po fajnych i sytych kanapkach, a ja dodatkowo kilka fajków. Smilie: :) Miło – vielen danke!
W miejscu naszego zrzutu musieliśmy trochę posterczeć. Po prostu nikt – bo nikt – nie raczył się nawet zatrzymać. Pardon! Była jedna para. Ale zobaczyli w ostatniej chwili K-lifa i stwierdzili, że jadą na Berlin niestety. Trudno – tym bardziej, że pojechali na Lübeck. No nic… K-lif ich na „do widzenia” obszczekał. Smilie: :)

2013-08-18 13.30.33
Ale nie ma tego złego… zatrzymał się kolejny samochód… fajny, hatchback – stary volvo, unikatowy model. Wysiadł z niego fajny pan o długich siwych włosach i długiej siwej brodzie. Okazało się, że „sailor”, czyli żeglarz i jedzie on popływać własną łodzią po wodach duńsko-niemieckich. Podwiezie nas do samego Fehmarn, na prom do Danii. Czy mogłoby być lepiej? „Restrykcje czasowe” powoli zaczynały nie istnieć. Smilie: :)

_DSF4033
Po drodze głównie rozmawiała Kaja. Ja jeszcze nie wkręciłem się w gadkę po angielsku, co miało nastąpić niebawem… ale nie teraz jeszcze. Wiem tylko, że akcent pana „sailora” był nie do okiełznania. Smilie: :)
Póki co perfidnie pozwoliłem sobie na przespanie znacznej części podróży. Chcąc niechcąc, cały czas po głowie chodziła mi myśl: czy zdążymy w 48 godzin?
Po drodze mieliśmy dwa postoje. W tym czasie miły pan „sailor” poczęstował mnie papierosami. Było co jeść, co palić… było ok. Smilie: :)

_DSF4029
Dojechaliśmy do celu – do promu. Po drodze pan „sailor”, gdy dowiedział się, że jesteśmy bez pieniędzy, na koniec dał nam 22 €. 11 € kosztował bilet na prom. Za K-lifa nie trzeba było płacić. Gość był niesamowity. Podziękowaliśmy mu serdecznie, na koniec powiedziałem mu, że dobry z niego człowiek. Pożegnaliśmy się i pan „sailor” odjechał pływać swoim jachtem. My poszliśmy na prom.

2013-08-18 14.14.24
2013-08-18 14.13.41Podróż promem nie trwała długo – może pół godziny.
Po dobiciu do brzegu Danii – do Rødby na wyspie Lolland, cieszyliśmy się, że podróż tak dobrze się układa.
Nie wiedzieliśmy, że klątwa Egona wisiała nad nami i miało zacząć się pod górkę.
Zrobiło się chłodniej, zaczął padać deszcz. Dzień jeszcze się nie kończył ale tu mogę zakończyć etap II.
2013-08-18 16.04.08c.d.n.

Z pozdrowieniami
Ekipa Vagabundog

Kategoria: Kierunek "N" - czyli nie może, a na pewno morze, Wyprawy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>